Murray wskazuje, że w UE zawsze istniało wiele trudnych do pogodzenia różnic - w pierwszej dekadzie XXI w. najbardziej wyraźna była ta między północą a południem dotycząca kwestii fiskalnych, a ostatnich latach jest to podział na Wschód i Zachód, który teraz wybuchł ponownie w związku z pytaniem, jak dostosować zachodnioeuropejskie postawy społeczne do postaw środkowo- i wschodnioeuropejskich, zwłaszcza Węgier, Polski i innych krajów "wyszehradzkich".

Wyjaśnia, że najnowsza odsłona sporu koncentruje się wokół przyjętego na Węgrzech prawa - podobnego do nieobowiązującego już brytyjskiego paragrafu 28 - które zakazuje przedstawiania lub promowania osób LGBT wśród młodzieży poniżej 18. roku życia. Murray pisze, że ustawa jest drakońska, błędna, zbyt szeroka i prawdopodobnie zakończy się fiaskiem, ale pozwoliła UE na kolejną próbę ukarania Węgier.

"Tak się składa, że niektórzy z nas, w tym wielu gejów, uważają, że walka o równość gejów została poważnie i niepotrzebnie wykolejona w ostatnich latach. W momencie, gdy została wygrana w Europie Zachodniej, przekształciła się w walkę o zaprzeczanie różnicom płciowym i forsowanie ideologii +trans+. Trudno się dziwić, że konserwatywne społeczeństwo, takie jak Węgry, może sprzeciwić się tej ideologii. Albo że w końcu uchwalą prawa, które zapakują zrozumiały sprzeciw wobec magicznego myślenia o płci razem z koniecznością lekcji edukacji seksualnej dla młodych ludzi lub zwykłą akceptacją, że w życiu istnieją dobre gejowskie wzorce do naśladowania" - pisze Murray, który sam jest homoseksualistą.

Jak wskazuje, w takich momentach UE może przyjąć różne postawy - może zgodzić się z rządem węgierskim, że to, czego uczy się w węgierskich szkołach, jest sprawą władz węgierskich, a jeśli nie, to przynajmniej kraje Europy Zachodniej mogłyby spróbować wysłuchać obaw krajów Europy Środkowej i Wschodniej, zastanowić się, czy ich własne poglądy nie stały się zbyt dogmatyczne, i podjąć próbę mediacji z sąsiadami.

Reklama

"Zamiast tego UE postanowiła przykładnie ukarać Węgry. Unijni urzędnicy - od Ursuli von der Leyen w dół - ustawili się w kolejce, aby zaatakować Węgry. Po raz kolejny wpisuje się to w brukselską interpretację Europy, zgodnie z którą m.in. Węgrzy i Polacy, uczą się powoli i należy dać im korepetycje z liberalizmu. Ale również wpisuje się to w wyszehradzką wizję UE, zgodnie z którą UE składa się z liberalnych zachodnich Europejczyków, którzy próbują narzucić swój styl życia niechętnemu Wschodowi" - pisze.

"Politycy UE uwielbiają te chwile. Nie wiedząc, jak rozwiązać ogromne problemy finansowe i społeczne stojące przed kontynentem, oto kwestia, w której biurokraci mogą czuć się naprawdę pewnie. Von der Leyen, potępiając węgierską ustawę w Parlamencie Europejskim, stwierdziła, że jest ona +sprzeczna z wszystkimi wartościami (...) Unii Europejskiej+" - ironizuje Murray. I przypomina, że podjęcie pilnych działań przeciw węgierskiemu rządowi odbywa się w tym samym czasie, gdy UE angażuje się w walkę prawną z rządem Polski w sprawie nominacji sędziowskich w tym kraju. "W przypadku Polski, podobnie jak w przypadku Węgier, UE wciąż robi rzeczy, które potwierdzają i pogłębiają rosnącą nieufność między tymi dwoma nierównymi blokami w UE" - zaznacza.

Jak wskazuje Murray, tego typu spory w ogromnym stopniu rozpraszają uwagę UE, która bardzo potrzebuje uporządkować swoje sprawy po pandemii Covid, a unijny fundusz naprawczy może się wywrócić przez te kulturowe spory, jednak obie strony wydają się niechętne lub niezdolne do ich zakończenia.

"Unia Europejska uważa, że nie może pozwolić na różnice polityczne w niektórych kwestiach społecznych. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jest przy tym co najmniej tak samo dogmatyczna, jak krytykowane przez nią rządy. W ostatnich latach gospodarki północne musiały znaleźć sposób na życie z gospodarkami południowymi. Wyzwaniem obecnej dekady dla UE może być znalezienie przez Europę Zachodnią sposobu na życie ze swoimi wschodnimi sąsiadami" - podsumowuje Murray.

Bartłomiej Niedziński (PAP)