"Kraje Azji Południowo-Wschodniej nie przemówią wspólnym głosem w sprawie naruszeń swoich wód terytorialnych, bo wiele z nich korzysta na współpracy z Chinami. Stając po stronie mniejszych państw regionu, Waszyngton stara się zachęcić je do zaostrzenia kursu wobec Pekinu, ale one same widzą swój interes w balansowaniu między oboma potęgami” – przekonuje w rozmowie z PAP geostrateg i wykładowca na Universiti Teknologi Malaysia, dr Azmi Hassan.

Stany Zjednoczone formalnie zakwestionowały ostatnio niemal wszystkie roszczenia Pekinu na Morzu Południowochińskim, nazywając je bezprawnymi. Stało się to kilka dni po zakończeniu chińskich manewrów w rejonie Wysp Paracelskich, o które rząd w Pekinie spiera się z Wietnamem, i wysłaniu tam dwóch amerykańskich lotniskowców oraz bombowca B-52.

Zaogniona sytuacja na strategicznym i bogatym w zasoby akwenie nie uspokaja się mimo deklaracji państw członkowskich ASEAN, które pod koniec czerwca wezwały wszystkie strony do przestrzegania prawa międzynarodowego, zwłaszcza Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza (UNCLOS). Członkowie bloku podkreślili wagę bezpieczeństwa i stabilności oraz wolności żeglugi i przelotu nad spornymi wodami. Ich deklarację poparł amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo. “Chinom nie można pozwolić na traktowanie Morza Południowochińskiego jak swojego imperium morskiego” – napisał na Twitterze 28 czerwca.

Pekin zgłasza pretensje do 90 proc. obszaru Morza Południowochińskiego, co koliduje z międzynarodowo uznanymi prawami innych krajów, w tym Wietnamu, Filipin, Malezji i Brunei. W 2016 roku Stały Trybunał Arbitrażowy w Hadze obalił roszczenia terytorialne Pekinu wobec Filipin.

“Chiny wykorzystują obecną pandemię, by wybadać grunt i dokonują coraz śmielszych wtargnięć do wyłącznych stref ekonomicznych sąsiadów” – przyznaje dr Azmi. Prognozuje, że na akwenie nadal będzie dochodziło do incydentów, a roszczenia Pekinu nie zostaną skontrowane przez mocne stanowisko ASEAN.

Reklama

“Interesy jego członków są zbyt rozbieżne, by mogli się wspólnie przeciwstawić chińskim żądaniom, nawet na papierze" - twierdzi analityk i wyjaśnia, że "twardego kursu wobec Pekinu nie popierają Laos i Kambodża, gdzie Chiny prowadzą największe inwestycje infrastrukturalne”. Wskazuje też na ogromną dysproporcję między potencjałami flot krajów Azji Południowo-Wschodniej i Chin oraz różnice w polityce poszczególnych rządów wobec Pekinu. “Podczas gdy Wietnam i Indonezja są bardzo asertywne w sprawach swojej suwerenności, Laos, Kambodża i Brunei od dawna powstrzymywały ASEAN przez konkretnymi działaniami” – mówi.

Geostrateg zauważa, że na chińskie inwestycje przychylnie patrzy także rząd Malezji i z tego powodu Kuala Lumpur rzadko reaguje na powtarzające się wtargnięcia chińskich kutrów i okrętów straży przybrzeżnej na swoje wody. “Malezja i Filipiny świadomie utrzymują pewną niejednoznaczność stanowisk w relacjach z Chinami, a spory zwykle rozwiązują zakulisowo. Istnieje przekonanie, że w odpowiedzi na otwartą krytykę Chiny podjęłyby kroki odwetowe” – przekonuje dr Azmi dodając, że na taką politykę Malezji ma wpływ również fakt, że Chińczycy cieszą się tam większym zaufaniem niż Amerykanie.

Jego zdaniem nawet te państwa, które są wobec Chin krytyczne, będą wolały uniknąć jednoznacznego opowiedzenia się po stronie USA. Kraje broniące interesów na Morzu Południowochińskim nie zrezygnują z nich jednak i w przyszłości mogą, tak jak Filipiny, występować o rozstrzygnięcie sporów do międzynarodowego trybunału. Najbardziej skłonny do tego jest Wietnam – ocenia ekspert.

Obok sporów terytorialnych i inwestycji ważnym czynnikiem wyznaczającym relacje państw Azji Południowo-Wschodniej z Chinami jest planowane regionalne porozumienie o wolnym handlu, znane jako RCEP (Regional Comprehensive Economic Partnership - Wszechstronne Regionalne Partnerstwo Ekonomiczne – PAP). W czerwcu przywódcy ASEAN zadeklarowali, że do końca 2020 roku podpiszą umowę, negocjowaną z Chinami oraz Japonią, Koreą Południową, Australią i Nową Zelandią. Jeśli pakt zostanie zawarty, doprowadzi do powstania największego obszaru wolnego handlu na świecie. Piętnaście tworzących go krajów obejmowałoby 30 proc. ludności świata i kontrolowało niemal 30 proc. globalnej gospodarki.

Zdaniem dr Azmiego umowa jest w założeniu korzystna dla wszystkich. Mogłaby też pomóc w rozmowach o tzw. kodzie postępowania na Morzu Południowochińskim, który zminimalizowałby napięcia. “Ale trzeba pamiętać, że zarówno przy negocjacjach kodu postępowania, jak i RCEP, gdy ma się do czynienia z Chinami, nigdy nie ma pewności, czy rzeczywiście wykonają swoją część zobowiązań” – ocenia ekspert.