"Z trzech głównych wskaźników budżetowych, czyli PKB na poziomie 3,6% w 2017 roku, deficytu na poziomie 2,9% i inflacji 1,3%, ten pierwszy wydaje się najmocniej naciągany. Nawet zakładając, że inwestycje mocno ruszą, to jest to wynik raczej nie do osiągnięcia. W moim bazowym scenariuszu w 2017 roku polska gospodarka przyspieszy do 2,9-3,1% z 2,6-2,7% w tym roku. Jednocześnie dostrzegam w przyszłym roku ryzyko przekroczenia przez deficyt poziomu 3%" - powiedział ISBnews Kiepas. 

Ekonomista uważa, że w sposób bezpośredni statystyczny wpływ programu 500+ na dynamikę polskiego PKB będziemy obserwować do maksymalnie do III kwartału 2017 roku. "Nie można jednak zapominać, że program ten w wielu przypadkach zwiększa poczucie finansowego bezpieczeństwa wielu rodzin, co w pośredni sposób będzie wspierać nastroje gospodarstw domowych, przekładając się na wyższą konsumpcję" - dodaje. 

Jego zdaniem, początek 2017 roku przyniesie mocny skok inflacji. "Już w grudniu zapewne wskaźnik inflacji wzrośnie do 0,4-0,5% r/r z poziomu 0,0% r/r w listopadzie, żeby na przełomie I i II kwartału 2017 roku podskoczyć do 1,5% r/r. Na ten skok złożą się zarówno efekty bazy, jak i wzrost cen paliw, żywności oraz słaby złoty. Jednakże wciąż cel inflacyjny (2,5% r/r) nie pojawi się na horyzoncie, dlatego wzrost inflacji w żaden sposób nie przełoży się na dyskusje nt. wcześniejszych podwyżek stóp procentowych" - uważa ekonomista.  

Dodał, że nie stanie się tak nawet wtedy, gdy w przyszłym roku będzie się pojawiać coraz więcej oznak odbicia w inwestycjach.

"Z tego samego powodu. Cel inflacyjny wciąż bowiem pozostanie odległy. Dlatego rynki pozostaną w przeświadczeniu, że Rada Polityki Pieniężnej (RPP) podwyższy stopy procentowe w Polsce najwcześniej na początku 2018 roku. W moim odczuciu, stanie się to jeszcze później. Zakładam, że do pierwszej podwyżki może dojść najwcześniej w połowie 2018 roku. Być może nawet w II połowie. Oczekuję bowiem, że za około 6 miesięcy rynki zaczną się bać najpierw stagnacji, a później kryzysu na rynkach wschodzących, jako następstwa drogiego dolara, rosnących rentowności obligacji i rosnącego w najbliższych miesiącach przekonania, że czas ultraluźnej polityki monetarnej na świecie się kończy" - podkreślił Kiepas.

>>> Czytaj też: Idealna stabilność makroekonomiczna już za nami

W jego opinii, ten globalny strach przed kryzysem na rynkach wschodzących (w co włączyć mogą się jeszcze obawy przed konsekwencjami Brexitu oraz przed rozwojem sytuacji politycznej w Europie w następstwie wyborów we Francji i Niemczech) sprawi, że perspektywa zaostrzenia polityki monetarnej w Polsce przesunie się o minimum pół roku.

Zdaniem Kiepasa, należy się oswoić z myślą, że w najbliższych miesiącach złoty pozostanie słaby, co będzie następstwem zarówno utrzymującego się gorszego postrzegania rynków wschodzących i obaw związanych z perspektywą podwyżek stóp procentowych w USA, jak i obaw związanych z sytuacją gospodarczą i polityczną w Polsce.

"O ile w przypadku pary EUR/PLN należy liczyć się z konsolidacją w przedziale 4,35-4,50 zł, to umocnienie dolara na świecie może wywindować notowania USD/PLN do 4,40 zł" - prognozuje ekonomista Macronextu.

Kiepas uważa, że cały rok 2017 będzie trudny dla złotego.

"Gdyby spojrzeć na polską walutę tylko przez pryzmat kondycji rodzimej gospodarki, to po gorszym początku roku, gdy będą jeszcze spływać słabe dane za IV kwartał 2016, pojawi się ryzyko cięcia ratingu i będzie utrzymywać się niepewność polityczna, w kolejnych kwartałach powinna ona wyraźnie odrabiać straty. To odrabianie byłoby nie tylko odreagowaniem po tym, jak zmaterializowały się prawie wszystkie krajowe ryzyka, ale również następstwem prawdopodobnego odbicia w inwestycjach i tlących się nadziei, że wraz z inflacją pojawi się dyskusja o wzroście stóp procentowych w Polsce. Tyle tylko, że te wszystkie krajowe czynniki zostaną przyćmione przez sytuację na rynkach globalnych" - uważa ekonomista. 

Zakłada, że w połowie 2017 roku pojawią się poważne obawy najpierw przed stagnacją, a następnie przed kryzysem na rynkach wschodzących. W to wszystko wpisze się też strach przed konsekwencjami Brexitu i obawy związane z wyborami we Francji i w Niemczech (a może też we Włoszech).

"To będzie mieć negatywne przełożenie na notowania złotego. Dlatego zakładam, że euro przez większość roku będzie się poruszać w przedziale 4,35-4,50 zł, krótkotrwale tylko schodząc do 4,25 zł lub wybijając się do 4,60 zł. W 2017 roku szwajcarski frank na trwałe powinien zadomowić się powyżej 4 zł, oscylując w szerokim przedziale 4,00-4,30 zł. Zdecydowanie najciekawiej będzie na dolarze, który w pierwszych miesiącach roku ma szansę podrożeć do 4,40 zł (co będzie korelowało z parytetem na EUR/USD), żeby w grudniu 2017 roku potanieć do 3,80 zł. Ten ostatni ruch będzie związany z globalną przeceną dolara" - oczekuje Kiepas. 

Według niego, do przeceny dolara dojedzie z chwilą, gdy inwestorzy sobie uświadomią, że wiele z wyborczych zapowiedzi Trumpa nie zostanie zrealizowana, a jednocześnie ryzyko kryzysu na rynkach wschodzących zawęzi amerykańskiej Rezerwie Federalnej (Fed) przestrzeń do podwyżek stóp procentowych.

>>> Czytaj też: Idealna stabilność makroekonomiczna już za nami