Reakcja na te wydarzenia była poważna, ale przede wszystkim po stronie inteligencji i historyków. Wyrażano oburzenie, gdyż zbrodnie na Podlasiu są elicie intelektualnej znane. Zdziwiono się, że Warszawa zmienia stanowisko, choć nowe śledztwo nie zostało przecież przeprowadzone.
Myślę, że tak. Władze w Mińsku ostrożnie podchodzą do wydarzeń, które odnoszą się do narodowej historii Białorusinów. Boją się reagować w takich przypadkach, aby nie sprzyjać rozwojowi tożsamości narodowej i patriotyzmu. To samo dotyczy np. traktowania 17 września 1939 r. Choć oficjalnie jest to święto – Dzień Zjednoczenia Białorusi – to od kilkunastu lat władze nie organizują obchodów i wolą przemilczeć kolejne rocznice.
Dla władz newralgiczną sprawą jest II wojna światowa. Gdyby Polska ogłosiła, że Białorusini nie walczyli, że nie przyczynili się do zwycięstwa, wywołałaby po drugiej stronie takie zdenerwowanie, że ambasador nieraz musiałby przychodzić do MSZ. Mińsk zareagowałby też ostro na niewygodne oświadczenia Polski w sprawie historii ostatniego ćwierćwiecza, już po dojściu Alaksandra Łukaszenki do władzy. To dwa okresy w naszej historii, o których władze chcą mówić. Wszystko inne schodzi na drugi, trzeci, czwarty plan.
Jestem przekonany, że tak. Łukaszenka nawet bez takich gestów regularnie powtarza, że Warszawa chce przesunąć granice i odzyskać ziemie aż do Mińska. Zdenerwowanie wzbudza już samo mówienie o „polskich Kresach Wschodnich”. Wydaje mi się, że o tym terminie krytycznie wspomina się nawet w białoruskich podręcznikach szkolnych. Zresztą w tych samych podręcznikach do historii wciąż podaje się, że nie wiadomo, kto dokonał mordu w Katyniu. Nadal wbija się dzieciom do głów, że nie należy obwiniać Stalina i Związku Radzieckiego.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
