Czy prezydent Donald Trump próbuje utrzymać sojuszników Ameryki w formie, czy raczej traktuje ich jak chłopców do bicia? W centrum toczącej się od dawna debaty na temat polityki zagranicznej prezydenta USA pojawia się pytanie, czy Trump domagając się od sojuszników i przyjaciół większego udziału w kosztach obronności, rzeczywiście ich tym wzmacnia? A może wykorzystując ich zależność od USA w obszarze bezpieczeństwa i próbując wycisnąć z nich ile się da, w gruncie rzeczy Ameryka osłabia swoich sojuszników?

Sposób, w jaki Donald Trump traktuje sojuszniczą Koreę Południową, znalazł się w samym środku tej dyskusji. To efekt trudnych negocjacji wokół obecności amerykańskich wojsk na Półwyspie Koreańskim.

Niewłaściwa presja

Całkowicie zrozumiałe jest, że Amerykanie mają prawo, od czasu od czasu, zadać pytanie o kondycję danego sojuszu i czy spełnia on ich oczekiwania. Niestety stosunki USA z Koreą Południową w czasie ostatnich trzech lat kadencji Donalda Trumpa są przykładem na to, jak w niewłaściwy sposób można wywierać presję na sojusznika.

Swoista niechęć Trumpa do sojuszu Ameryki z Koreą Południową zawsze była nieco dziwna. W przeciwieństwie do Australii, Korea Południowa graniczy z bezpośrednio jej zagrażającym państwem, które dysponuje bronią atomową – chodzi o Koreę Północną. W przeciwieństwie do Niemiec, Korea Południowa posiada zdolności wojskowe i na obronność wydaje aż 2,6 proc. PKB. Trudno zatem znaleźć amerykańskiego sojusznika, który traktowałby swoje własne bezpieczeństwo tak poważnie, jak Korea Południowa. Niemniej Trump zdążył już dać wiele powodów, aby Seul mógł się czuć niekomfortowo.

W czasie kampanii w 2016 roku, Donald Trump podchwycił pomysł, że Korea Południowa powinna stworzyć swoją własną broń atomową, dzięki czemu Waszyngton mógłby wycofać się ze swoich zobowiązań sojuszniczych w Azji Wschodniej. Już jako prezydent, Donald Trump zagroził, że wycofa się z amerykańsko-koreańskiego porozumienia o wolnym handlu i zastosował taktykę wywierania bardzo silnej presji, aby dokonać umiarkowanej rewizji tego porozumienia. Później amerykański prezydent dokonał istotnych zmian w funkcjonowaniu sojuszu z Koreą, zawieszając nawet regularne ćwiczenia wojskowe, bez wcześniejszej konsultacji z Koreańczykami.

Od 2018 roku prezydent Trump wywołał serię kryzysów, domagając się znaczącego wzrostu opłat od państwa-gospodarza za stacjonowanie amerykańskich wojsk. Ostatnio prezydent Trump domagał się nawet 5-krotniego wzrostu obecnej kwoty ok. miliarda dolarów rocznie, którą Seul płaci za to Ameryce. Administracja Trumpa argumentowała, że obecne koszty nie pokrywają w pełni stacjonowania wojsk USA, wskazując na wojska w Korei Południowej, Japonii czy w Niemczech. I choć stwierdzenie takie technicznie jest prawdziwie, to również błędnie zakłada, że Ameryka nie odnosi żadnych innych korzyści niż finansowe z takiej obecności wojskowej. W czasie negocjacji Trump proponował Pentagonowi, aby ten rozważył wycofanie wojsk z Półwyspu Koreańskiego.

Jak wyjaśnić działanie Trumpa? Są dwie odpowiedzi

Co taka polityka Donalda Trumpa ma na celu? Istnieją dwie odpowiedzi na to pytanie, które mogą wyjaśnić jego zachowanie.

Pierwszą z nich można nazwać teorią „twardej, trudnej miłości” w zarządzaniu sojuszem. Określenia tego użył były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego H.R. McMaster. Wedle tej teorii taktyka wywierania presji ma sprawić, że sojusz będzie działał lepiej. Dzięki niej pogrążeni w letargu sojusznicy mają zostać wyrwani ze strategicznego samozadowolenia, co powinno skłonić ich do zwiększenia troski o wspólną obronę – albo w formie zwiększenia środków na wojsko, albo, co byłoby o wiele bardziej pożądane, zwiększenia zdolności wojskowych. Krótkoterminowe napięcia, jakie mogą powstać na skutek zastosowania tej taktyki, są niewielką ceną za długoterminową poprawę wspólnej siły. Celem wystawienia sojuszu na presję jest lepsze funkcjonowanie w momencie, gdy nadejdzie krytyczny moment próby.

Drugą oraz znacznie mniej „charytatywną” odpowiedź na pytanie, dlaczego Trump postępuje w ten sposób wobec sojuszników, można określić mianem teorii „więzi ochronnych” w zarządzaniu sojuszem. W tym przypadku celem Ameryki nie jest tak bardzo zwiększenie zdolności obronnych sojuszu, ale jednostronne uzyskiwanie korzyści ekonomicznych dzięki wyciąganiu pieniędzy z krajów, których Ameryka broni. Długoterminowa żywotność i spójność sojuszu jest mniej ważna niż korzyści, jakie Waszyngton może uzyskać dzięki swojej pozycji globalnej potęgi wojskowej.

Większość doradców Trumpa preferuje pierwszą teorię zarządzania sojuszami i próbowała ją wdrażać. I uczciwie trzeba przyznać, że doradcy ci mogą wskazać na różne działania w ramach innych amerykańskich sojuszów, np. na wschodniej flance NATO, jako dowód, że takie podejście ma sens. Należy jednak dodać, że wiele z tych działań było podejmowanych jeszcze przed Donaldem Trumpem, ito często z powodu konkurentów USA, takich jak Rosja, a nie z inicjatywy samego Waszyngtonu.

Jednakże zbyt dużą łatwowiernością byłoby sądzić, że Trump postrzega relacje sojusznicze w kategoriach innych niż finansowe. Jego oświadczenia, nawet te sprzed kilku dekad, bardziej skupiały się na bilansie zysków i strat niż na tym, żeby sojusz był w stanie poradzić sobie z zagrożeniami zewnętrznymi. Dlatego sposób, w jaki Donald Trump traktuje Koreę Południową, trudno interpretować w jakikolwiek inny niż finansowo-transakcyjny sposób.

W końcu dyskusja o kosztach wojsk z Seulem miała niewiele wspólnego z troską o poprawę kolektywnych zdolności obronnych sojuszu. Bardziej zaś dotyczyła wygenerowaniu bezpośrednich wpływów do budżetu USA. I choć dla Waszyngtonu nie jest bezsensowne domaganie się umiarkowanie wyższych poziomów finansowania dla obecności amerykańskich wojsk w Korei Południowej, to administracja Trumpa wysuwała propozycje nonsensów finansowych, na których spełnienie nie mógłby sobie pozwolić żaden koreański rząd.

W tym samym czasie prezydent Trump osłabił sojusz, zawieszając ćwiczenia wojskowe, które wcześniej prowadziły siły USA i Korei Południowej w celu zwiększenia gotowości i zwiększenia zdolności do wspólnej walki. Trump postąpił tak bez wcześniejszej konsultacji z Koreańczykami.

Co więcej, wszystko to działo się w czasie, gdy relacje pomiędzy Koreą Południową a Japonią pogorszyły się do tego stopnia, że o wiele trudniej będzie zbudować trójstronną współpracę pomiędzy Koreą Południową, Japonią i USA przeciw Chinom i Korei Północnej, gdyby rywalizacja z Pekinem miała się pogłębiać, a kryzys nuklearnym z Koreą Północną miał wybuchnąć na nowo.

To nie jest rodzaj zachowania ze strony USA, którego można oczekiwać od lidera prawdziwie próbującego poprawić długoterminową kondycję sojuszu. Być może dlatego Kongres USA, w tym wielu sojuszników Trumpa z Partii Republikańskiej, próbuje chronić sojusz z Koreą przed Donaldem Trumpem i jego jednostronnymi próbami wycofania wojsk amerykańskich z Półwyspu Koreańskiego.

Wielka szkoda, że wąski transakcjonizm Trumpa sprawia, że czasami nieprzyjemna rola polegająca na zarządzaniu sojuszami zyskała złe imię. Nie ma żadnej zasady, w myśl której USA powinny zawsze negocjować ze swoimi sojusznikami w rękawiczkach. Czasami budowa partnerstwa i sojuszu wymaga twardych negocjacji.

Na przykład w czasie zimnej wojny USA miewały bardzo ostre dyskusje ze swoimi sojusznikami w tematach wydatków na obronność, strategii militarnej, relacji handlowych Wschodu z Zachodem oraz wielu wielu innych kwestii. Jednak ówcześni decydenci zrozumieli, że prowadzenie takich ostrych dyskusji było sensowne tylko wtedy, gdy miało to kluczowe znaczenie dla przyszłej efektywności Zachodu.

Donald Trump wyczerpał i przekroczył już swój przydział na ostre dyskusje z sojusznikami, w tym z Koreą Południową na czele. Co więcej, robił to w poszukiwaniu wąskich i stosunkowo trywialnych korzyści finansowych. To już nie jest „twarda miłość” wobec sojuszników, ale strategiczne samookaleczenie.

>>> Czytaj też: Polska zbrojeniówka: cztery zmarnowane lata na planecie Fantazja [OPINIA]