Być może przykład Chin będzie kolejną lekcją, pokazującą co czeka kraje, które z opóźnieniem dołączyły do rozwiniętego świata i których elity uważają, że liberalna demokracja to luksus, na jaki nie mogą sobie pozwolić.

Historia naszych czasów to opowieść o tym, jak liberalna demokracja rodem z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych rozpowszechniła się na całym świecie. Brzmi absurdalnie? Może i tak, ale to właśnie ta teza leży u podstaw większości artykułów redakcyjnych, komentarzy politycznych i przemówień na Zachodzie i to ona kształtuje poglądy na temat sytuacji w innych częściach globu.

W swoim ostatnim raporcie organizacja Freedom House donosi o malejącym zasięgu liberalnego modelu demokracji. Nawet w krajach takich jak Indie, gdzie regularnie odbywają się wybory, trudno mówić o rządowym wsparciu dla liberalizmu – pojęcia, które zakłada maksymalizację praw jednostki i pełną realizację ludzkiego potencjału.

Może powinniśmy zatem pozbyć się ideologicznych uprzedzeń i nie zakładać, że wybrany przez nas model będzie dalej się upowszechniał? Wówczas, na spokojnie, dostrzeżemy prawdziwą różnorodność form politycznych, to jak się rodzą i jak rokują.

Odtworzenie gdzie indziej warunków społeczno-gospodarczych, które doprowadziły do rozwoju liberalnej demokracji w Europie Zachodniej i USA okazało się być trudne - zwłaszcza w krajach, które próbowały dogonić Zachód. Japonia jako pierwsze niezachodnie państwo podjęła takie starania i szybko stała się potęgą gospodarczą oraz militarną, nie podchodząc przy tym zbyt serio do wymaganych przez liberalizm praw jednostki. Przed Japonią były jeszcze Niemcy, które w porównaniu do reszty Europy Zachodniej dość późno rozpoczęły industrializację i które zmodernizowały się dzięki silnemu i scentralizowanemu państwu.

Obecnie oprócz Indii, w których liberalna demokracja chyba nigdy nie miała się tak źle, największym wyzwaniem dla wiary w dalsze upowszechnianie się anglosaskiego modelu są Chiny. W ich przypadku rozwój gospodarczy na ogromną skalę nie szedł w parze z demokracją, a co więcej, państwo sprawuje tam kontrolę nad najważniejszymi sektorami zglobalizowanej gospodarki. I nieprędko się to zmieni.

>>> Czytaj też: Wizyta chińskiego premiera w Indiach: Handlowe ambicje azjatyckich gigantów

Chiński model rozwoju jest silnie związany ze skomplikowaną historią tego kraju. Liberałowie, zawsze w mniejszości w Państwie Środka, nie mieli wiele do zaproponowania w obliczu wojny domowej i zagranicznych inwazji. Chiny przez większą część XX w. musiały przede wszystkim próbować przetrwać i umocnić swoją pozycję.

Porzuciwszy imperializm, chińscy przywódcy, tacy jak Czang Kaj-Szek czy Mao Zedong, musieli wpoić ludowi poczucie narodowej wspólnoty i tożsamości poprzez masową edukację i propagandę. Przejawy niesubordynacji wobec władz państwa były bezlitośnie dławione.

Następcy Mao w końcu zdali sobie sprawę z negatywnych skutków nadmiernego państwowego interwencjonizmu, jednak gdy Deng Xiaoping liberalizował gospodarkę, nie zerwał ze starymi zasadami i nie spieszył się z poszerzaniem wolności jednostek.

Obecny prezydent Chin, Xi Jinping, ma zresztą podobne podejście: przedkłada narodową jedność, siłę i dumę nad szeroko zakrojone demokratyczne reformy, co wcale nie przysparza mu przeciwników. Liczni obserwatorzy pokładają jedyne nadzieje na zmiany w rosnącej chińskiej klasie średniej.

Jest ona jednak zbyt podzielona, by stworzyć sprawny ruch polityczny, nie mówiąc już o przeprowadzeniu rewolucji. Natomiast Chińczykom pozostającym na marginesie gospodarczego boomu, partyjni aparatczycy mogą wydawać się bardziej zaangażowanymi w działania dla poprawy ich losu niż grupa bogaczy skupionych na dalszym bogaceniu się.

Dzięki retoryce społecznego dobrobytu Partia Komunistyczna nadal posiada ideologiczny monopol, który legitymizuje jej rządy w stale rozwijających się i mimo wszystko dość biednych Chinach. Obecnie próbuje nawiązać do konfucjańskiej tradycji, w której podstawą jest dyscyplina, hierarchia i harmonia.

Partia z łatwością przekuwa też objawy politycznego wrzenia w nacjonalizm, a dzięki zagwarantowaniu ludziom pewnych osobistych wolności, np. swobody konsumpcji i podróżowania, udaje jej się złagodzić nacisk na demokratyczne przemiany.

Wielu komentatorów widzi w chińskiej zdolności przetrwania i przystosowania się alternatywę dla anglosaskiego, liberalnego modelu: nastawione na rozwój państwo, rządzone przez wywodzących się z elit technokratów, które stoi ponad społeczeństwem i stawia wspólnotę narodową wyżej niż jednostkę.

Nie mają racji. Chiński model nie nadaje się na eksport. To jednostkowy produkt specyficznej historii tego kraju. Dla nas rodzi to tylko jedno pytanie: czy Chinom uda się ten model utrzymać i jakie skutki dla nich samych i reszty świata miałby jego ewentualny upadek?

Późna modernizacja Japonii i Niemiec, choć była udana, nie zagwarantowała pokoju w Europie i Azji. Asertywna postawa Chin w stosunkach z sąsiadami i coraz ostrzejsze postępowanie z politycznymi dysydentami też nie wróżą dobrze. Być może okaże się, że ich przykład będzie kolejną lekcją, pokazującą co czeka kraje, które z opóźnieniem dołączyły do rozwiniętego świata i których elity uważają, że liberalna demokracja to luksus, na jaki nie mogą sobie pozwolić.

Pankaj Mishra jest autorem książki „From the Ruins of Empire: The Revolt Against West and Remaking of Asia” i felietonistą Bloomberg View.

>>> Polecamy: Xi Jinping, nowy prezydent Chin, ma przed sobą szereg wyzwań

Chiny / ShutterStock
Prezydent Chin Xi Jinping / Bloomberg
Szanghaj, Chiny / ShutterStock