Nie wiem, jakie wnioski płyną z artykułu „Polski raj podatkowy” (cały artykuł czytaj tutaj). Nie wiem, ponieważ próżno ich w tekście Rafała Wosia szukać, wyjąwszy zawartą w tytule tezę. A z tą można się zgodzić tylko częściowo. Gdyby Rafał Woś miał więcej do czynienia z przedsiębiorcami z krwi i kości oraz z podatkami, wiedziałby, gdzie leży problem. Rzadkie (bardzo rzadkie) są narzekania na wysokość obciążeń i stawki podatków. Czy znaczenie ma wspomniany przez Wosia „styl egzekucji podatkowej”, tj. długie kontrole, kłopoty z odzyskaniem nadpłaconego VAT itd. Tak, ale nawet to nie jest najważniejsze.

Artykuł o polskim piekle (nie raju) podatkowym należałoby zacząć od tego, na czym autor kończy. Chodzi o pewność (stabilność), przejrzystość oraz jasność przepisów i procedur. Nasze prawo podatkowe urąga wszelkim standardom. Jego jakość jest niska, gorsza niż w epoce powielaczy. Polska jest, owszem, rajem dla doradców podatkowych i sędziów sądów administracyjnych. Mają pełne ręce roboty i znakomite zawodowe perspektywy. Ustawodawca i autorzy projektów legislacyjnych dbają o to aż nadto. Polska jest jednak piekłem podatkowym dla zwykłego przedsiębiorcy, bywa że i dla zwykłego podatnika nieprowadzącego działalności.

W naszym kraju każdego roku wydawane są dziesiątki tysięcy interpretacji i wyroków sądów administracyjnych odnoszących się do podatków. A to tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o problemy ze stosowaniem przepisów. Do znudzenia trzeba powtarzać – wierząc, że kropla drąży kamień – że mamy podatki, które są zaprzeczeniem tego, o czym pisał Adam Smith czy Joseph Stiglitz. I to jest zmiana, na której powinno nam najbardziej zależeć, nie licząc skutecznej walki z szarą strefą. A wtedy stawki (i wpływy) podatkowe przestaną być takim problemem, jakim się dziś wydają.

Co proponuje nam Rafał Woś? Czy, jego zdaniem, podatki powinny wzrosnąć? Jak rozumiem, pośrednie nie, gdyż są już wysokie i obciążają wszystkich, przy czym bardziej – w proporcji do dochodów – uboższych. A zatem bezpośrednie, np. PIT? Czy wszystkie stawki, czy tylko górna? A może należy dołożyć kolejne? Lub zlikwidować ulgi, ale które? Czy CIT jest za niski? Jaki poziom byłby właściwy – z punktu widzenia budżetu, gospodarki, przedsiębiorców? Brak odpowiedzi na te pytania uważam za mankament artykułu. Łatwiej o dyskusję, gdy wiemy, o czym rozmawiamy, i proponujemy jakieś rozwiązania, a nie mierzymy się tylko z przekonaniami autora bądź jego rozmówców.

Zwiększyć podatki czy wynagrodzenia?

Reklama

Brak wniosków to jedno. Kłopot w tym, że dowody na poparcie tytułowej tezy są mizerne i słabo przemawiają do wyobraźni, np. niski na tle innych krajów udział obciążeń podatkowych w PKB. Jak to jest: podatki pośrednie (najważniejsze źródło wpływów do budżetu) są wysokie, ale udział danin ogółem w PKB jest za mały? W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest podwyżka – i to przecież drastyczna – PIT i CIT. Autor wprost takiego wniosku nie stawia, ale zróbmy to za niego. Och, jest jeszcze jeden sposób, by szybko (nie wiem tylko, na jak długo) poprawić ów wskaźnik. Wystarczy zwiększyć wynagrodzenia. Nie da się zaprzeczyć, że im wyższy stosunek wynagrodzeń (opodatkowanych przecież) do wartości wytworzonych dóbr i usług, tym wyższa też relacja wpływów podatkowych do PKB. Może to tłumaczy, dlaczego odstajemy od unijnej średniej?

Od lat na całym świecie udział wynagrodzeń w wartości dóbr i usług maleje (to zła wiadomość dla pracowników). Zyskują na tym ci, którzy mają kapitał. U nas kapitału wciąż jest mało. Zapytajmy Kowalskiego, czy zgodziłby się płacić podatki jak Duńczyk, Norweg czy Niemiec – gdyby miał porównywalne z nimi dochody. Jestem skłonny się założyć, że – mimo naszej wrodzonej skłonności do lekceważenia prawa, w tym także podatkowego – odpowiedź byłaby twierdząca.

Wróćmy jednak do postulowanych, jak mi się zdaje, podwyżek stawek w podatkach dochodowych. Żeby osiągnąć zauważalny efekt finansowy, konieczne byłoby bardzo wyraźne zwiększenie PIT dla wszystkich bez wyjątku. Wprowadzenie dodatkowej stawki, np. 50 proc., dla osiągających najwyższe dochody jest możliwe (być może nawet z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej uzasadnione), ale efekt fiskalny byłby niezauważalny.

Konieczne byłoby też radykalne zwiększenie wpływów z CIT. Jak to osiągnąć? Autor krytycznie ocenia wcześniejsze cięcia stawki tego podatku. Wniosek nasuwa się sam – trzeba ją zwiększyć. Czy to wystarczy? Ciekawe, że autor przechodzi do porządku dziennego nad zagadnieniem, jak wysokość danin wpływa na wielkość wpływów do budżetu. Od kilku lat mamy kryzysowe (czyli podniesione o 1 pkt proc.) stawki VAT. Uniknęliśmy recesji. PKB wolniej lub szybciej, ale stale rośnie. A wpływy z podatku od towarów i usług ostatnio spadają. Nie mówiąc o akcyzie, której stawki są regularnie podnoszone. Jeszcze gorzej pod tym względem sprawa wygląda z CIT. W ubiegłym roku wpływy budżetowe z tego tytułu dramatycznie spadły. Widać więc, że nawet skandalicznie niskiego 19-proc. podatku przedsiębiorcy płacić nie chcą lub nie mogą. Zresztą w innym miejscu artykułu autor wskazuje, że zbyt mała część polskich firm wykazuje zyski. Może więc tu jest pies pogrzebany? Pytanie, czy przedsiębiorstwa ukrywają zarobek (no, ale zgódźmy się, że optymalizacja podatkowa wszystkiego nie tłumaczy), czy też po prostu nie są w stanie go wypracować.

Kłopot z optymalizacją

Z całą pewnością przedsiębiorstwa, które na to stać, korzystały i wciąż korzystają z optymalizacji podatkowej (przez którą należy rozumieć różne działania, w których chodzi o jedno – by zapłacić podatek niższy lub nie zapłacić go wcale). Nawiasem mówiąc, jest ona – inaczej niż sugeruje autor – działaniem legalnym (pisanie w tym kontekście o wyłudzonych zwrotach podatków to nieporozumienie). Spór może dotyczyć tego, czy i w jakim zakresie należy ją dopuścić bądź ukrócić, ale nie można stawiać znaku równości między nią a unikaniem opodatkowania wbrew przepisom. Jeśli chodzi o optymalizację, Polska była i jest jeszcze jeśli nie rajem, to miejscem dość dogodnym dla prowadzących zyskowną działalność gospodarczą na większą skalę. Ale nawet to się powoli zmienia, o czym jeszcze wspomnę.

>>> Polecamy: Optimus - ofiara chorego systemu, który od lat niszczy polską przedsiębiorczość

Autor i jego rozmówcy narzekają też, że rząd nie wykorzystał kryzysu do podwyższenia stawek w podatkach dochodowych, zwłaszcza że mieliśmy problem z deficytem. Zapominają lub nie zdają sobie sprawy, że gdyby nie impulsy fiskalne (obniżenie PIT i kosztów pracy przez poprzedni rząd oraz rozdmuchanie wydatków publicznych – kosztem rosnącego deficytu i zadłużenia – przez kolejną ekipę), nie przeszlibyśmy suchą stopą przez krach, który rozpoczął się jesienią 2007 r. i trwa właściwie do dziś. Jeśli ktoś myśli, że uniknęliśmy wtedy recesji, ponieważ świat zachwycił się naszymi usługami i towarami i mimo zaciskania pasa nie był skłonny z nich zrezygnować, jest w błędzie. Nasza gospodarka nie runęła, bo obniżenie podatków i składki rentowej umocniło wewnętrzną konsumpcję, a dobra koniunktura w Niemczech sprzyjała eksportowi. Dodatkowo wzrost gospodarczy stymulowały wielkie rządowe inwestycje.

Nie jestem zwolennikiem takiej polityki, ale nie podoba mi się zawieszenie w próżni tezy, że deficyt byłby niższy dzięki wyższym podatkom bezpośrednim. Może i byłby. Tyle że zabranie pieniędzy z kieszeni podatników, po to by rozdzielić środki za pośrednictwem budżetu centralnego, rzadko daje pozytywne efekty gospodarcze, zwłaszcza w czasach kryzysu.

Autor stawia też ciekawą tezę, że obniżki stawek w podatkach dochodowych zachęciły najlepiej zarabiających do rezygnacji z etatu i przejścia na działalność gospodarczą. A co za tym idzie – zepsuły rynek pracy. Wyjąwszy drobny brak precyzji (osoby fizyczne prowadzące działalność nie płacą CIT, mogą za to od pewnego czasu rozliczać się według liniowej 19-proc. stawki PIT), można przyjąć ten argument, z zastrzeżeniem, że dotyczy on nielicznej grupy. Te same osoby, a przynajmniej duża ich część, nie musiały czekać na wprowadzenie liniowego PIT, miały możliwość już wcześniej korzystać z optymalizacji podatkowej (stąd wielu menedżerów zatrudnionych formalnie w firmach cypryjskich, maltańskich i z innych bardziej kojarzących się z rajem miejsc niż Polska). Pozostali nierzadko decydowali się na samozatrudnienie nie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że musieli. Zaś najbogatsi jednoosobowi przedsiębiorcy (budowlańcy, fryzjerzy, stomatolodzy i inni, których wymieniamy w dorocznym raporcie DGP na temat podatkowych milionerów) w ogóle nie musieli rezygnować z etatu, bo go przecież nie mieli.

Masowy odwrót od etatu jako formy zatrudnienia i przechodzenie na niżej (czy na pewno, w końcu podstawowa stawka PIT to 18 proc.?) opodatkowaną działalność gospodarczą – a chyba zdecydowanie jeszcze częściej na umowy śmieciowe – to nie jest skutek takich czy innych (małych przecież, jak twierdzi autor) obciążeń podatkowych. Niestety, w artykule nie pada w ogóle sformułowanie „koszty pracy”. To poważny błąd. Innymi słowy, wspomniana – i słusznie napiętnowana, biorąc pod uwagę interes społeczny (ZUS, emerytury itd.) – ucieczka od etatu, czy też lepiej byłoby powiedzieć: rezygnacja – czasami zresztą niekoniecznie zgodna z prawem – przez pracodawców z tej formy zatrudnienia nie wzięła się stąd, że mieliśmy za wysokie podatki i ktoś znalazł lukę pozwalającą przed nimi uciec. Chodziło o wysokość wszystkich obciążeń, jakim praca podlega (finansowe, nie tylko przecież podatkowe, administracyjne i inne). Oczywiście chodziło i chodzi również o maksymalizowanie zysków, wykorzystywanie luk w prawie i bezwładu państwa, którego reakcje są spóźnione i często nieadekwatne.

No właśnie, w artykule stale pobrzmiewa pretensja do podatników i przedsiębiorców, jakby to była ich wina, że mogą legalnie optymalizować podatki lub obniżać koszty pracy. A może to jednak państwo powinno wziąć się do roboty, gdy chodzi o interes wspólny i walkę z patologią czy to na rynku pracy, czy w przypadku rozliczeń podatkowych?

>>> Czytaj też: Królują hazard i przemyt. Obroty polskiej szarej strefy sięgają 400 mld rocznie

Raj czy piekło

Żeby była jasność: w niektórych sprawach byłbym skłonny zgodzić się z Rafałem Wosiem, ale pod warunkiem, że będziemy mówić o konkretach, poprzemy je dowodami, a może jeszcze zaproponujemy jakieś rozwiązania. Podsumowując:

1. Polska jest rajem podatkowym, biorąc pod uwagę wielkość szarej strefy. Jest ona zdecydowanie za duża, jak na możliwości i stan finansów naszego kraju. Walka z nią jest powolna i nieudolna. To jest nasz najważniejszy problem. Jak sobie z nim radzimy? Dwa przykłady. Korzystając z doświadczeń innych krajów unijnych, można było uchronić się np. przed aferą złomową czy perturbacjami w handlu stalą i paliwami. Po kilku latach zawirowań wprowadzamy rozwiązania, które część problemów likwidują od razu (odwrotne obciążenie w VAT, solidarna odpowiedzialność itd.). Dlaczego dopiero teraz, nie umiem odpowiedzieć. Inny przykład: bardzo ważnym elementem ograniczania szarej strefy jest walka z ukrywaniem dochodów. Aparat skarbowy, początkowo zupełnie bezradny i nieefektywny, z upływem lat poczynił w tej sprawie postępy. I cóż z tego? Musi oddawać pieniądze z odsetkami! Okazało się, że działał na podstawie przepisów, które oficjalnie zostały uznane za niekonstytucyjne. Teraz działa zresztą na podstawie identycznych, których niekonstytucyjność – idę o zakład – wkrótce zostanie stwierdzona.

2. Polska jest niezłym miejscem (nie przesadzajmy z rajem) dla tych, których stać na optymalizację podatkową, zwłaszcza wyrafinowaną. Ale ustalmy: podatnicy, którzy z niej korzystają, postępują racjonalnie. Nie jestem tylko przekonany, że trzeba było kryzysu światowego i ryzyka rozpadu UE, by – zresztą na skutek zachęty Komisji Europejskiej – zabrać się do uszczelniania systemu podatkowego. Od lat fiskus wiedział o możliwościach obniżania podatków przy wykorzystaniu struktur, instytucji i firm zarejestrowanych na Cyprze, w Luksemburgu, na wyspach należących do Wielkiej Brytanii itd. Pewne działania w końcu zostały podjęte: zmodyfikowano wiele umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, niektóre zmiany są w trakcie. Polska pracuje też nad projektem opodatkowania spółek zagranicznych (CFC) należących do naszych rodzimych podatników, osób fizycznych i firm. Spółki takie od wielu lat służą do transferowania pieniędzy za granicę w celu uniknięcia lub obniżenia obciążeń podatkowych. Najlepiej zilustrować ten mechanizm na prostym przykładzie: polska firma zakłada spółkę np. w Luksemburgu. Przenosi na nią prawa do znaku towarowego. Za możliwość korzystania z tego znaku musi jej teraz płacić (a więc ma koszty, które obniżają jej zysk i tym samym CIT do uregulowania). Spółka zagraniczna uzyskuje przychody, które są najczęściej zwolnione z podatku. Jeśli wypłaci polskiej firmie dywidendę, będzie ona również wolna od podatku lub nisko opodatkowana. W innych przypadkach CFC służą np. do odbioru dywidendy z Polski, by nie płacić tu od niej 19-proc. daniny. Prace nad uszczelnieniem systemu idą powoli, opornie. Są spóźnione o wiele lat. Dodajmy, że w ich ramach minister finansów rozważa ponowne wprowadzenie do naszego porządku ogólnej klauzuli antyabuzywnej (przeciwko unikaniu opodatkowania; pozwala zakwestionować antyfiskalne operacje podatników, jeśli ich celem jest wyłącznie uniknięcie lub obniżenie danin). Już raz z ordynacji podatkowej wypadła jako niezgodna z konstytucją. Była przykładem złej legislacji. Pytanie za 100 punktów – czy zdobędziemy się teraz na poprawną legislację?

3. Polska jest rajem podatkowym dla najzamożniejszych. Ci jednak zawsze mogą zmienić rezydencję podatkową (i niektórzy to robią) i nic – z wyjątkiem poczucia dobrze rozumianego patriotyzmu – nie jest w stanie ich powstrzymać. Można o takich przypadkach pisać, piętnować je. Nie sposób skutecznie z nimi walczyć.

Wniosek? Wyjąwszy rozrośniętą i nieprzyzwoicie bezkarną szarą strefę, pewien nadmiar możliwości, jeśli chodzi o optymalizację podatkową i wąską grupę najzamożniejszych obywateli, którzy nie chcą płacić podatków w kraju, Polska nie jest rajem podatkowym. Niestety, raczej piekłem.

>>> Badania pokazują, że Polacy są przedsiębiorczym narodem, podobnie jak Chińczycy czy Turcy. Tylko niestety ta mocna strona naszego gospodarczego DNA słabo przekłada się na tworzenie nowych firm, które potem rosną i odnoszą międzynarodowe sukcesy. Polecamy felieton prof. Krzysztofa Rybińskiego.

Zapraszamy do krótkiej ankiety dotyczącej naszego serwisu. Co 10 osoba, która wypełni ankietę otrzyma atrakcyjną nagrodę.

Krzysztof Jedlak szef działu Gazeta Prawna / Dziennik Gazeta Prawna