Po tej informacji natychmiast dodała: „Powtarzam jednak: USA potępiają dyskryminację i nienawiść na tle rasowym, religijnym, pochodzenia lub orientacji seksualnej”. Co zatem dyplomatka dementowała? Nie napisaliśmy ani że rozmawiała z Andrzejem Dudą, ani aby kontaktowała się w tej sprawie z Richardem Grennellem. Drugą część wpisu traktujemy natomiast jako potwierdzenie naszych źródeł, które przekonują, że wystąpienie polskiego prezydenta w Brzegu odbiło się szerokim echem w USA, a ambasada ma na ten temat swoje - dość jednoznaczne - zdanie. To wszystko wynika z nieoficjalnych ustaleń autora tekstu w DGP. Jego źródła nie wycofują się z tego. W zasadzie powtarzają za panią ambasador, że USA potępiają dyskryminację i nienawiść na tle rasowym, religijnym, pochodzenia lub orientacji seksualne. Również my podtrzymujemy to, co napisaliśmy w dzisiejszym DGP.

Nie ma najmniejszej możliwości, żeby ambasador jakiegokolwiek państwa otwartym tekstem przyznał, że próbował wywierać wpływ na jakąkolwiek kwestię wewnątrzpolityczną w kraju, w którym jest akredytowany. Tym bardziej, jeśli trwa tam kampania wyborcza. Jeśli tak by się stało, musiałby liczyć się z natychmiastowym opuszczeniem placówki. Niezależnie od tego, jak silna byłaby jego pozycja. Z drugiej strony relacje Mosbacher - Polska pełne są sytuacji, w których pani ambasador - nieoficjalnie i ofensywnie - działa przeciw rozwiązaniom proponowanym przez polityków partii rządzącej. Tak samo, jak długa jest tradycja zaprzeczania przez polskie władze i dyplomację amerykańską, że takie fakty miały miejsce.

Tak było w przypadku nacisków Mosbacher w sprawie TVN czy podczas jej interwencji w obronie interesów Ubera oraz koncernu farmaceutycznego Roche (pisał o tym „Fakt”).

W DGP w listopadzie 2018 mój redakcyjny kolega Bartek Godusławski opublikował list, w którym ambasador pisze do Ministra - taka jest tytulatura - Mateusza Morawieckiego, który był wówczas już szefem rządu.

Odnosi się w nim do słów Joachima Brudzińskiego, który „publicznie oskarżył TVN o zainscenizowanie urodzin Hitlera".

Reklama

O podatku cyfrowym pod nazwiskiem Mosbacher pisała w „Rzeczpospolitej”:

Inicjatywy tego typu są wymierzone lub mają nieproporcjonalnie duży wpływ na wiodące amerykańskie firmy technologiczne. Jak mogliśmy się przekonać po reakcji na ostatnią zmianę podatkową we Francji, Stany Zjednoczone nie pozostaną bierne w obliczu dyskryminacji naszych firm.

O ile tekst w „Rzeczpospolitej” był dość stonowany, o tyle jej działania wobec ministerstwa finansów w tej samej sprawie nie były już tak delikatne, co wiemy z nieoficjalnych rozmów. To była ostra i dość brutalna gra na utrącenie niekorzystnych dla USA rozwiązań. Ostatecznie Polsce uda się najpewniej przyjąć podatek cyfrowy, ale nie z powodu zmiany zdania przez USA, lecz przez pandemię i ogólną zgodę na poszukiwanie nowych źródeł dochodu do budżetu przez państwa dotknięte Covid-19.

Najbardziej znanym i najbardziej dementowanym przypadkiem jest jednak reakcja zarówno polskich, jak i amerykańskich władz na przyjęcie przez Polskę nowelizacji ustawy o IPN i konsekwencji, które z tego wynikły dla stosunków Warszawa-Waszyngton. Działo się to krótko po tym, gdy - jako pierwsi - napisaliśmy w DGP, że ze strony Waszyngtonu popłynął jasny sygnał: „dopóki nie zostaną uregulowane relacje Polska-Izrael na tle ustawy, nie ma możliwości, by prezydent Andrzej Duda mógł gościć w Białym Domu”.

Niedługo potem Onet ujawnił dokumenty, w których wysocy rangą urzędnicy polskiego MSZ pisali, że Warszawa nie może sobie pozwolić na jednoczesne utrzymywanie napięcia w relacjach z Unią (spór o praworządność rozwijał się już w pełni) i USA (na tle nowelizacji ustawy o IPN). Potwierdzono również informacje o tym, że Andrzej Duda nie może liczyć na udział w spotkaniu z Donaldem Trumpem do czasu uregulowania problemów z Izraelem.

Wybuchła burza. Pałac prezydencki dementował. Pytano o to również na konferencji prasowej rzeczniczkę amerykańskiego Departamentu Stanu. I wówczas też - tak jak w przypadku Mosbacher i LGBT - skorzystano z ezopowego języka, którym ukryto skalę problemu. Jak pisaliśmy na początku marca 2018 (tuż po konferencji Departamentu Stanu) w dziennik.pl, słowa Heather Nauert tam, gdzie trzeba, były jednoznaczne.

W innych punktach formułowała ona zdania tak, by nie skłamać, nie urazić Polski i równocześnie dać do zrozumienia, jak wygląda rzeczywistość. - Informacje, które mówią o zawieszeniu współpracy dotyczącej bezpieczeństwa lub dialogu na wysokim szczeblu, są po prostu fałszywe - powiedziała na tamtej konferencji mocno Nauert. No i to była prawda. Bo wtedy nie zawieszono współpracy dotyczącej bezpieczeństwa.

Nie zawieszono również dialogu na wysokim szczeblu. W tamtym okresie do USA jeździł na rozmowy prezydencki minister Krzysztof Szczerski. W Warszawie był specjalny wysłannik USA ds. Ukrainy i były ambasador USA przy NATO Kurt Volker. Do Stanów latał też ówczesny wiceminister spraw zagranicznych Marek Magierowski. Nauert na konferencji nie odniosła się jednak do kluczowej kwestii - czy przed uregulowaniem sporu o nowelizację ustawy o IPN możliwe jest spotkanie Duda-Trump? Nie odpowiedziała, bo musiałaby stwierdzić, że taka sytuacja nie będzie możliwa. Albo skłamać.

Wszystko, o czym pisały media, potwierdziła rzeczywistość. Fake news cudownie zmienił się w fakty. Polski prezydent poleciał do USA dopiero po usunięciu z ustawy o IPN zapisów, które nie podobały się Waszyngtonowi i przyjęciu (korzystnej dla Polski) deklaracji polsko-izraelskiej. Z kolei w Polsce - równolegle do wcześniejszego dementi - uruchomiono śledztwo, które miało wykazać, jak Onet wszedł w posiadanie klasyfikowanych notatek MSZ dotyczących problemów w stosunkach z USA.

W tym kontekście warto też przypomnieć, jak w marcu 2018 zaprzeczano, by prezydent Duda nie odebrał telefonu od ówczesnego szefa amerykańskiej dyplomacji Rexa Tillersona, który chciał porozmawiać na temat skutków noweli ustawy o IPN. Do dziś obóz PiS wypiera się by takie wydarzenie miało miejsce. I znów: nie chodzi o to, czy to dobrze cz źle, że Andrzej Duda nie odebrał telefonu - po prostu fakty są inne niż przekonuje on sam i jego otoczenie.

Dziś schemat jest podobny. Można się spodziewać, że w najbliższych godzinach prasa sprzyjająca prawicy odsądzi autora tekstu w dzisiejszym wydaniu DGP od czci i wiary. Tak samo jak przejechano się po Onecie, gdy ujawnił dokumenty dotyczące relacji Polska-USA. Takie są chuligańskie prawa mediów i polityki. W przypadku Onetu spopularyzowano pogardliwy i poza granicami dobrego smaku, bliski standardom rosyjskim - termin, który określał redakcję jako polskojęzyczne medium niemieckie, aby zasugerować, że szkodzi on interesom Polski. Nieważne było to, że rzeczniczka Departamentu Stanu uciekła od istoty pytania o relacje USA-Polska. Nieważne, że media piszące o problemach w relacjach Duda-Trump miały rację. Nieważne, że po pewnym czasie potwierdziła to rzeczywistość polityczna.

W przypadku dzisiejszego materiału w DGP nie chodzi o absurdalną tezę, która pojawiła się już w sieci - jakoby wypowiedzi prezydenta Dudy na temat LGBT mogły zablokować proces zwiększania obecności wojskowej USA w Polsce. Tego autor tekstu w DGP Radosław Korzycki nie napisał. Tak samo jak nie napisał, że Mosbacher dzwoniła do Dudy czy do Grennella. Rozmowy o Fort Trump są już w zasadzie zamknięte - z korzyścią dla Polski. I o tym informujemy w DGP od kilku dni. A Korzycki jest autorem serii tekstów, których lekturę polecam i które od ponad roku dokładnie opisywały, jaki będzie kształt tej wzmocnionej obecności USA w Polsce.

Za kilka dni ogłoszone to zostanie w Waszyngtonie. Trump już potwierdził zmniejszenie ilości żołnierzy USA w Niemczech a - jak podaje dziś portal Politico - Andrzej Duda na dniach poleci do Waszyngtonu. Budzi to naszą dumę.

Problemem, który w tekście DGP eksponujemy, jest niedorzeczność momentu, w którym Andrzej Duda rozpoczął swoją wyborczą debatę o LGBT.

Na finale rozmów o Fort Trump zdecydował się wejść w ryzykowny temat, który dla USA ma ogromne znaczenie. A co ważniejsze, ma znaczenie dla kluczowej postaci, bez której najpewniej nie byłoby zwiększenia obecności wojskowej USA w Polsce - Richarda Grennella. Przypomnijmy - jest on architektem globalnej kampanii pod auspicjami Waszyngtonu, której celem jest walka z dyskryminacją społeczności LGBT.

Dobrze, że polski prezydent w porę zaczął „precyzować”, o co mu chodziło, gdy mówił o „ideologii LGBT” i bolszewizmie podczas wystąpienia w Brzegu. Bo Stany Zjednoczone są ufundowane na poprawności politycznej, która jest ważnym narzędziem do upowszechniania walki z jakąkolwiek dyskryminacją. Doskonale wie o tym również ambasador Mosbacher, która w swoim dementującym-niedementującym oświadczeniu wyraźnie podkreśliła:

Powtarzam jednak: USA potępiają dyskryminację i nienawiść na tle rasowym, religijnym, pochodzenia lub orientacji seksualnej.

Jeśli tak, to warto by doprecyzować również inne kwestie. Na przykład, jak ocenia wystąpienie Andrzeja Dudy w Brzegu poświęcone LGBT?

Nieoficjalnie znamy tę ocenę. Nie liczymy jednak, że ktokolwiek potwierdzi ją pod nazwiskiem. Prędzej oficjalnie zaprzeczy, by kiedykolwiek miał coś do powiedzenia w tej sprawie.

I jeszcze jedno. Wczoraj jeden z polityków prawicy napisał na Twitterze, aby zapamiętać nazwiska osób, które publikują teksty takie, jak ten dziś w DGP. Dla jasności: ja nazywam się Parafianowicz, a mój kolega - ten od teksu o LGBT - Korzycki.