Forsal logo

"Po co bezmyślnie orać ziemię pociskami?". Ukraiński oficer wyjaśnia, jak drony zmieniły rolę artylerii

Ten tekst przeczytasz w 5 minut
56 minut temu
[aktualizacja 13 minut temu]
"Po co bezmyślnie orać ziemię pociskami?". Ukraiński oficer wyjaśnia, jak drony zmieniły rolę artylerii
Szwedzka armatohaubica Archer na froncie w Ukrainie/Shutterstock
– Możemy przeprowadzić nawałę ogniową, ale po co bezmyślnie orać ziemię pociskami? Wolę wysłać 20 dronów FPV, które zniszczą cel. Koszt takiej operacji to 20 tys. dolarów, podczas gdy ostrzał artyleryjski kosztowałby wielokrotnie więcej – stwierdził w wywiadzie dla serwisu Oboronka ppłk Witalij Kornijenko, dowódca 7. Brygady Artylerii Gwardii Narodowej Ukrainy. Oficer opowiedział też o nowych zasadach prowadzenia ostrzału, problemach z amunicją i znaczeniu szybkich napraw sprzętu.

Sto strzałów dziennie? Działo mogłoby nie dotrwać do wieczora

Na początku rosyjskiej inwazji obie strony ustawiały po kilka armatohaubic na jednym stanowisku, by prowadzić zmasowany ostrzał. Dziś takie zgrupowanie stałoby się łatwym celem dla rosyjskich dronów. Każdy wystrzał ułatwia przeciwnikowi wykrycie stanowiska ogniowego, a nad frontem nieustannie krążą bezzałogowce rozpoznawcze i uderzeniowe.

– Gdybyśmy wystrzelili z jednej armatohaubicy 100 pocisków w ciągu dnia, prawdopodobnie nie dotrwałaby do wieczora. Każdy strzał zdradza pozycję. Przeciwnik ją wykrywa i próbuje zniszczyć sprzęt wszelkimi dostępnymi środkami – tłumaczy Kornijenko.

Zmienił się również rachunek ekonomiczny. Zamiast prowadzić długotrwały ostrzał, Ukraińcy coraz częściej niszczą pojedyncze cele za pomocą dronów FPV. Według Kornijenki bezzałogowce wykonują już około 95 proc. uderzeń.

– Dziś typowe zadanie ogniowe obejmuje serię najwyżej 10 strzałów. Najpierw wystrzeliwujemy 3–5 pocisków, aby wstrzelać się w cel, a następnie prowadzimy ogień właściwy. To co najmniej pięć pocisków, z których każdy kosztuje minimum 2 tys. dolarów – wylicza.

Drony nie mogą dotrzeć do celu. Wtedy wzywają artylerię

Mimo dominacji dronów Kornijenko przestrzega przed rezygnacją z artylerii. W jego brygadzie oba rodzaje uzbrojenia uzupełniają się: bezzałogowce niszczą rosyjską artylerię i atakują przyfrontową logistykę, natomiast haubice i armatohaubice wspierają piechotę, powstrzymują natarcia i zmuszają przeciwnika do pozostawania w okopach.

– Musimy niszczyć grupy szturmowe i kolumny pojazdów opancerzonych, przygważdżać przeciwnika ogniem i powstrzymywać jego natarcia. Te zadania pozostają równie ważne jak wcześniej. A niektóre może wykonać tylko artyleria – podkreśla.

Jako przykład podaje sytuację na kierunku kupiańskim, w obwodzie charkowskim na północnym wschodzie Ukrainy. Ukraińskie drony nie mogą tam dotrzeć do części rosyjskich pozycji z powodu zakłóceń radioelektronicznych. Wolniejsze bezzałogowce sterowane światłowodem są z kolei zestrzeliwane.

– Co wtedy robimy? Wzywamy artylerię. Lotu pocisków artyleryjskich nie da się zakłócić sygnałem radiowym. Mgła, silny wiatr czy śnieg nie uniemożliwiają prowadzenia ognia – relacjonuje.

Działa ukryte pod ziemią. Najpierw trzeba oczyścić niebo

Jeszcze w 2023 r. Rosjanie ustawiali po kilka dział na jednym stanowisku. Dziś, jak mówi Kornijenko, takie zgrupowanie zostałoby szybko wykryte i zaatakowane.

– Jeśli rozstawiło się sześć dział, godzinę później już ich nie było. Dziś nikt nie wyjeżdża na otwarte pole. Działo zostałoby wykryte, zanim w ogóle dotarłoby na stanowisko – mówi.

Dlatego stanowiska przygotowuje się z wyprzedzeniem. Najpierw zespoły obrony przeciwlotniczej zwalczają rosyjskie drony rozpoznawcze nad przyszłym stanowiskiem. Następnie artylerzyści zajmują miejsce wykopane w ziemi i osłonięte przed obserwacją z powietrza. Prowadzą do niego zamaskowane drogi dojazdowe.

– Wkładamy mnóstwo wysiłku w to, żeby artyleria nie została zniszczona. Utrata działa to dla nas ogromny cios – przyznaje dowódca.

Ukraińcom brakuje amunicji dalekonośnej. Części dostaw nie ufają

Pociski dalekonośne pozwalają odsunąć działa od frontu, a tym samym ograniczyć zagrożenie ze strony rosyjskich dronów. Są jednak droższe i trudniej dostępne. Kornijenko nie chce więc rezygnować ze standardowych pocisków M107 kalibru 155 mm, których zasięg wynosi 14–18 km.

– Osiemnaście kilometrów to przyzwoity zasięg. Jeśli działo stoi 15 km za linią frontu, nadal może razić cele położone 3 km dalej. To wystarczy do zwalczania piechoty na pierwszej linii. Moim zdaniem dla większości brygad idealne proporcje to 60 proc. amunicji dalekonośnej i 40 proc. standardowych pocisków M107 – ocenia.

Problemem jest także jakość części dostaw. Oficer chwali amunicję zachodnią, ale ostrzega przed pociskami z niektórych państw azjatyckich. Nie wskazuje konkretnego producenta. Jak wyjaśnia, pociski, które według dokumentacji powinny ważyć 46 kg, w rzeczywistości mogą mieć 45,4 lub 46,9 kg. Różnice te wpływają na miejsce ich upadku.

– Nie ufamy już standardowym tabelom strzelniczym dostarczanym wraz z amunicją. Opracowujemy własne dla każdego producenta. Ważymy każdą partię i sortujemy pociski według masy. Nie mogę dopuścić do błędu, przez który pocisk spadnie 2 km od celu, akurat tam, gdzie znajduje się nasza piechota – mówi artylerzysta.

Kornijenko dodaje, że wadliwa amunicja powodowała nawet urwanie hamulca wylotowego, czyli urządzenia ograniczającego odrzut działa, oraz rozerwanie lufy.

Bohdana wraca do walki po kilku dniach. M777 może czekać na część pół roku

Kornijenko przyznaje, że spośród dostępnych systemów artyleryjskich najchętniej korzysta z ukraińskiej Bohdany. Jego jednostka należała do pierwszych, które ją testowały, a producent uwzględniał uwagi artylerzystów przy udoskonalaniu konstrukcji.

– Dziś to solidne działo i mój pierwszy wybór. Być może nie jest absolutnie najlepsze, ale jestem bardzo zadowolony ze wsparcia technicznego i serwisu – mówi.

Największą zaletą jest szybki dostęp do części i ekip naprawczych. Naprawa Bohdany może zająć zaledwie dzień lub dwa. Potem potrzeba jeszcze czasu na przewiezienie jej z powrotem na stanowisko. Z zachodnim uzbrojeniem, takim jak amerykańskie haubice M777, bywa znacznie trudniej.

– Jesteśmy ogromnie wdzięczni zachodnim partnerom za pomoc. Jednak zanim otrzymamy potrzebną część, na przykład czujnik, działo może stać bezczynnie przez pół roku. Nie możemy też próbować naprawić go samodzielnie, ponieważ stracilibyśmy gwarancję – wyjaśnia Kornijenko.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
W. Rodak
Wojciech Rodak

Redaktor Forsal.pl. Absolwent politologii na Uniwersytecie SWPS, z zamiłowania historyk. W przeszłości związany z Polskim Radiem, Wirtualną Polską, dziennikiem „Polska The Times” oraz miesięcznikiem „Nasza Historia”. Publikował również w Gazeta.pl i „Newsweek Historia”. Były wieloletni współpracownik Ośrodka „Karta” i Muzeum Getta Warszawskiego. Autor pierwszej pełnej biografii gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego - „Decyzje ‘Bora’. (Auto)biografia Tadeusza Komorowskiego - kawalerzysty, olimpijczyka, dowódcy, wodza i premiera”.

Zobacz wszystkie artykuły tego autora"Po co bezmyślnie orać ziemię pociskami?". Ukraiński oficer wyjaśnia, jak drony zmieniły rolę artylerii »
Zapisz się na newsletter
Zapisz się na newsletter Forsal.pl „Bezpieczeństwo” i otrzymuj najważniejsze informacje dotyczące bezpieczeństwa w Polsce i na świecie.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj