Erdogan uniemożliwia atak. Co dalej z Turcją?

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
5 maja 2018, 14:49
Turcja
Turcja/ShutterStock
Z poślizgu wychodzi się, dodając gazu – radzą rajdowcy. Rządzący Turcją Recep Tayyip Erdogan zastosował tę zasadę w polityce: zarządził wcześniejsze wybory.

Czas pozbyć się chorób starego systemu – rzucił prezydent Turcji w trakcie transmitowanego w telewizji orędzia, w którym zapowiedział na 24 czerwca przyspieszone wybory. – Sytuacja w Syrii i wszędzie indziej sprawia, że bezzwłocznie należy przejść do nowego systemu rządów, by silniej kształtować przyszłość kraju – tłumaczył.

Gdy tylko Erdogan – nazywany przez rodaków Sułtanem – zniknął z ekranu, nad Bosforem zawrzało. I cały czas wrze: wybory były planowane dopiero na przyszły rok, opozycja liczyła na to, że do tego czasu uda się jej wzmocnić, a popularność rządzącej Turcją od 16 lat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) osłabnie. Bo wzorcowo rozwijająca się od dekady gospodarka złapała zadyszkę, rządy AKP stają się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zamordystyczne, na wschodnich rubieżach kraju ponownie rozgorzał konflikt z Kurdami, tureckie oddziały walczą w Syrii, a w więzieniach roi się od ludzi, którzy kiedyś byli elitami.

Ale nic z tego. „Wojna nie polega na tym, by oczekiwać, że wróg nie zaatakuje, ale na tym, by uniemożliwić mu ten atak” – tę mądrość ze „Sztuki wojny” Sun Tzu posiadł niewątpliwie Erdogan. Dokładnie rok temu Sułtan dostał od Turków zielone światło dla zmian – ponad 51 proc. wyborców opowiedziało się w referendum za zmianami w konstytucji wprowadzającymi de facto system prezydencki.

Turecka opozycja do dziś jest przekonana, że wyniki referendum są co najmniej dyskusyjne: w dniu głosowania państwowa komisja wyborcza zniosła wymóg użycia oficjalnie oznaczonych urn wyborczych – i w ostatecznym rozrachunku mogło się takich dodatkowych urn pojawić nawet 1,5 mln. Z kolei aktywiści uczestniczący w kampanii przeciw zmianie konstytucji lądowali przed referendum na komisariatach, a dziennikarze w aresztach – wszyscy pod zarzutem „znieważania prezydenta” lub „hańbienia wartości religijnych i wzniecania nienawiści”. Pacyfikowanie oponentów było tym łatwiejsze, że w Turcji obowiązywał – i obowiązuje do dziś – stan wyjątkowy wprowadzony po nieudanej próbie puczu przeciw Erdoganowi latem 2016 r.

Źródło: MAGAZYN DGP
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Mariusz Janik
Mariusz Janik

Dziennikarz, fot. Materiały prasowe

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj