W sprawach takich jak Patriot Act czy pozwolenie na użycie przez George’a W. Busha wszystkich „niezbędnych środków do walki z terrorystami”, czyli w praktyce inwazję na Irak, głosował zawsze z republikanami.

Ale problem z Fortem Trump jest gdzie indziej. Demokraci, kiedy są u władzy, odchodzą od doktryny zbrojenia się za wszelką cenę i zwracają w stronę dyplomacji i multilateralizmu w stosunkach międzynarodowych. Na pewno też nie są oni nadmiernie skłonni do finansowania niepotrzebnej ich zdaniem infrastruktury. W ogniu kampanii 2008 r. podczas konwencji, która oficjalnie nominowała Baracka Obamę na kandydata na prezydenta, zapytałem głównego speca lewicy od obronności, senatora Jacka Reeda z Rhode Island, czy w razie zwycięstwa Obamy rząd zrezygnuje z tarczy antyrakietowej. Było ledwie kilka tygodni po wizycie Condoleezzy Rice, ówczesnej szefowej dyplomacji w Warszawie, która przyjechała podpisać zobowiązanie do budowy tego programu. Reed odpowiedział, z pozoru wymijająco, że przyjaźń polsko-amerykańska „nie jest zakładnikiem żadnej technologii”. Dekodując ezopowy język dyplomacji USA, była to oczywista deklaracja, że demokratyczna administracja z tarczy się wycofa. Dlatego teraz warto dokładnie wsłuchiwać się w wypowiedzi kongresmenów.

Jest coś jeszcze – o czym w Polsce w oparach narcystycznej wiary we własną wyjątkowość się zapomina. Dla Amerykanów jesteśmy jednym z krajów peryferii. Nawet rząd Donalda Trumpa krytykował Warszawę za dłubanie przy sądownictwie. Domniemana niestabilność ustrojowa u nas to dla nich raczej norma niż kryzys. Ponadto wbrew szumnym deklaracjom obecnej władzy nie jesteśmy żadnym istotnym graczem ani w polityce atlantyckiej, ani w regionie. Minister Jacek Czaputowicz i minister Krzysztof Szczerski, ilekroć mówią o Trójmorzu, powołują się na autorytet Ameryki. Problem jednak w tym, że w Foggy Bottom i w Pentagonie mało kto o tym słyszał poza ekipą przygotowującą z rana prasówkę i wycinającą dla przełożonych traktowaną jako science fiction polską publicystykę.

Myślący inaczej zaraz znajdą cytat z Donalda Trumpa, że chwalił on Polskę jako ważnego partnera w regionie. To jednak tylko język amerykańskiej dyplomacji. Prezydent chwali też Kim Dzong Una. Czechom blisko do Berlina, Orbánowi do Moskwy. Polsce – tak jak w 1939 r. – zostaje Rumunia.

>>> Czytaj też: Świat jest coraz biedniejszy. USA bogacą się jego kosztem