W komentarzu do jej wyboru na stanowisko z większością zaledwie dziewięciu głosów magazyn przypomniał powiedzenie byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrodera": "Wybrany to wybrany, a większość to większość". Odrzucił jednocześnie krytykę pod adresem von der Leyen za stosunkowo niepewny mandat uzyskany w PE.

Przyznano zarazem, że "to znacznie niższe zwycięstwo niż wielu się spodziewało", wskazując na to, że mimo "kompetentnego i pełnego propozycji" przemówienia programowego, niemiecka polityk nie mogła liczyć na poparcie części Zielonych i socjalistów. Te frakcje protestowały w ten sposób przeciwko odejściu od kontrowersyjnego modelu tzw. spitzenkandidaten, która zakłada, że kandydatami na stanowisko szefa KE są liderzy europejskich rodzin politycznych.

"Economist" ocenił, że w efekcie jest prawdopodobne, że von der Leyen zawdzięcza swój mandat polityczny "prawicowym populistom spoza głównego nurtu, z których część poparła ją, aby uniknąć preferowanego przez socjalistów Fransa Timmermansa".

Reklama

Według magazynu Niemka "ewidentnie chciała uniknąć takiej sytuacji", ale niewielka skala jej zwycięstwa wskazuje na to, że "nie zwyciężyłaby bez głosów prawicowo-populistycznego Prawa i Sprawiedliwości z Polski oraz autorytarnego Fideszu z Węgier".

W tym kontekście przywołano pogłoskę, "powielaną przez źródła w Warszawie", że "Angela Merkel dzwoniła do liderów PiS, aby uzyskać poparcie dla swojej rodaczki i sojuszniczki (być może w zamian za dalszy przepływ unijnych funduszy regionalnych do biednych regionów Polski)".

Jak oceniono, "przewodnicząca KE obejmie stanowisko od razu mając osłabioną pozycję: nie mając do dyspozycji centrowej większości w parlamencie będzie mierzyła się z oskarżeniami o to, że ma dług wobec części nieprzyjemnej i nieprzewidywalnej europejskiej prawicy".

Tygodnik odrzucił jednak ekscytację mediów niewielkim zwycięstwem von der Leyen, uznając ją za "nieuzasadnioną" i wskazując, że składa się na nią "wiele czynników: podziały w Radzie Europejskiej, niepowodzenie doktryny »wiodącego kandydata«, niezdolność PE do zjednoczenia się wokół alternatywnej propozycji, niechęć niektórych posłów do liderów za narzucanie im swojej woli, kryzys tożsamości europejskiej centrolewicy i nieszczerze strategiczne ruchy populistycznych prawicowców".

"Prawo i Sprawiedliwość, podobnie jak Fidesz, nie miało i nie ma dobrych powodów, aby uważać, że von der Leyen jakoś szczególnie sympatyzuje z ich punktem widzenia; w rzeczy samej, wydaje się, że ona miała ich na celowniku z proponowanym mechanizmem dotyczącym praworządności. (PiS) chciał jednak być postrzegany jako ktoś popierający zwycięskiego kandydata, co bez wątpliwości jest przyczyną radosnego powtarzania pogłosek o rzekomej rozmowie telefonicznej z Merkel" - oceniono.

Jednocześnie "Economist" dodał, że "niezależnie od większości (w PE), von der Leyen miałaby trudną sytuację pod kątem legislacji w PE i w Radzie Europejskiej", które - jak oceniono - "są bardziej podzielone niż kiedykolwiek wcześniej".

"Pilne pytanie, które wymaga odpowiedzi brzmi tak samo, jak brzmiałoby, gdyby miała znacznie poważniejszą większość: czy von der Leyen potrafi budować mosty (między różnymi opcjami politycznymi)?" - zastanawiał się tygodnik, dodając, że jej wtorkowe wystąpienie w PE pokazało, że "ma co najmniej trochę talentu" ku temu.

Jak jednak zaznaczono, prawdziwym testem będzie "zbudowanie KE i naleganie na to, aby kandydaci (zgłaszani przez rządy narodowe) stworzyli zdolny zespół, realizując jednocześnie jej zobowiązanie do równości płci.

"Wybrana znaczy wybrana: teraz von der Leyen musi pokazać przywództwo" - zakończył "Economist".

>>> Czytaj też: KE przechodzi do drugiego etapu postępowania ws. dyscyplinarek wobec sędziów