Godność jest niesamowicie ważna dla każdego społeczeństwa, a już szczególnie dla takiego jak nasze, bo nasza historia to ciąg traum. Zdeptana godność leży u podstaw buntów. Ale musimy sprecyzować, o jaką rewolucję godności chodzi, bo w latach 80. trwała rewolta, która budowała indywidualną podmiotowość na otwartości na drugiego człowieka. To rewolucja pierwszej Solidarności, na której gruncie wyrosły tolerancja i gotowość do współpracy.
Zniszczyły je procesy, które porównuję do uderzeń meteorytów. Pierwszym ciosem było odzyskanie niepodległości, któremu towarzyszyły nacjonalistyczna gorączka i dychotomiczny podział społeczeństwa wyrażany za pomocą pojęć „My” i „Oni”. Duże znaczenie w tym procesie miał Kościół i jego rola jako obrońcy polskości. Drugim ciosem był neoliberalny turbokapitalizm, który zniszczył etos solidaryzmu społecznego. Dominacja egoizmu i akceptacja brutalnej konkurencji doprowadziły do erozji etyki współpracy. Zatriumfował homo oeconomicus.
To potrzebujący wroga bunt budujący godność plemienną opartą na dumie narodowej i zbiorowych fantazmatach o skrzywdzonym ludzie i zdradzieckich elitach. Możemy go zaobserwować w Polsce, w USA, na Węgrzech. Te ruchy łączą – tłumacząc ich sukces – skupienie na głosie ludu, nienawiść do elit i mniejszości oraz podgrzewanie poczucia wartości zwykłego obywatela, ale nie przez zaproszenie go do uczestnictwa w demokracji, ale przez przekupstwo.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
