Scenariusz ten kreślą już bankowi analitycy i ekonomiści.

Front finansowy

Bankowcy niechętnie dzielą się swoimi wyliczeniami. Po pierwsze, scenariusz otwartej wojny na Wschodzie to tzw. czarny łabędź: czyli coś, co teoretycznie może się zdarzyć, ale prawdopodobieństwo tego nie jest duże. Po drugie, wszystkie wyliczenia i prognozy w takim scenariuszu są obarczone ryzykiem dużego błędu. Bo w sytuacjach ekstremalnych w zachowaniach inwestorów i przedsiębiorców decydująca rolę zaczynają grać emocje. Co zazwyczaj prowadzi do podejmowania irracjonalnych, trudno przewidywalnych decyzji.

Piotr Kalisz, ekonomista banku Citi Handlowy przyznaje, że jego zespół opisywał takiego „czarnego łabędzia”. – Ale na potrzeby wewnętrzne banku. Dopóki nie podzielimy się tymi wyliczeniami z naszymi klientami, nie będziemy ich upubliczniać – zastrzega. O scenariuszu możemy więc rozmawiać ogólnie. Wybuch wojny oznaczałby uderzenie w polską gospodarkę z dwóch kierunków. Pierwszy to problemy w handlu zagranicznym. Eksport na Wschód już dostaje poważne ciosy w postaci rosyjskich retorsji na sankcje Zachodu, wojna mogłaby go zupełnie zatrzymać. Drugi cios dostałby rynek finansowy. Osłabienie złotego byłoby pewne.

- Wynikałoby to z tego, że skłonność do inwestowania w ryzykowne aktywa byłaby znacznie mniejsza. A tak byłyby traktowane te z Europy Środkowowschodniej. To już zresztą widać, wystarczy zobaczyć, jak na kolejne złe informacje z Ukrainy reagują polski złoty, czeska korona, czy węgierski forint. Każdy inwestor dwa razy zastanowi się nad inwestycją w Polsce ze względu choćby na geograficzną bliskość konfliktu, mając nawet świadomość, że nie stoimy na pierwszej linii frontu – mówi Kalisz.

>>> Zobacz, jakie produkty Polska eksportuje do Rosji

Podobną teorię ma Przemysław Kwiecień, ekonomista X-Trade Brokers. - Nie mam wątpliwości, że w bardzo krótkim czasie mielibyśmy gwałtowne osłabienie złotego. Tak w takich sytuacjach działa rynek: bardzo nerwowo, często przereagowuje, a po kilku, kilkunastu dniach powraca spokój – uważa ekonomista.

Jak duże byłoby to osłabienie? – Moglibyśmy zobaczyć dolara po 3,50 zł – rzuca Kwiecień. Przy założeniu stabilnego kursu dolara do euro oznaczałoby to, że europejska waluta podrożałaby do około 4,70 zł z obecnych 4,20 zł. Gdyby wojna rosyjsko-ukraińska wybuchła w najbliższych dniach ze złotym byłoby szczególne źle, bo na świecie już trwa odpływ kapitału z rynków wschodzących w kierunku dolara. Po dobrych danych z amerykańskiej gospodarki do inwestorów dotarło, że koniec drukowania dolara jest bliski. A podwyżki stóp procentowych przez Fed są coraz bardziej prawdopodobne i ta perspektywa ściąga pieniądz z bardziej ryzykownych rynków do USA jak magnes.

Wojna to nie tylko spadek złotego. Według Kwietnia, kolejnym punktem zapalnym stałaby się polska giełda. I tak nastroje na niej nie są najlepsze: od miesięcy inwestorzy wieszczą bessę spowodowaną tzw. reformą OFE. W funduszach zostanie – według niektórych szacunków – około 2 mln członków. Rząd zakładał, że będzie ich około 7 mln. Prosty rachunek wskazuje, że OFE będą miały mniejsze wpływy ze składki, niż zakładano, co oznacza, że może być problem z kupowaniem przez nie nowych akcji. W tak niekorzystnym środowisku rosyjska interwencja byłaby dla inwestorów jak sygnał do odwrotu.

Kwiecień widzi jeszcze jedną linię frontu: polski rynek obligacji. Inwestorzy mogliby zażądać wyższej premii za ryzyko, co oznacza wzrost kosztów obsługi długu. Ale w przypadku reakcji rynku obligacji zdania wśród analityków są podzielone: Piotr Kalisz nie boi się obligacyjnej bessy, jego zdaniem inwestorzy z zagranicy kupowaliby je skuszeni właśnie wyższymi rentownościami, które dają większe szanse na zysk.

>>> Polecamy: Europa Wschodnia obrywa od inwestorów za uzależnienie od Rosji

Jak trwoga to do złota

Depozyt w banku, obligacja skarbowa, albo złoto w fizycznej postaci – to według Michała Sadraka, analityka Open Finance, najlepsze sposoby zabezpieczenia wartości własnego majątku. Który wybrać – to już zależy od tego, w jakiej sytuacji bylibyśmy postawieni. Jeśli wojna wywoływałaby tylko paniczne reakcje na rynku, ale ryzyko przeniesienia konfliktu pod polską granicę byłoby małe, wtedy wystarczą metody standardowe: depozyt bankowy, gwarantowany przecież przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, albo obligacja skarbowa zabezpieczona majątkiem Skarbu Państwa. Gdyby jednak wojna naprawdę zajrzała nam w oczy najlepszym wyborem byłoby złoto. Ten metal to jak polisa ubezpieczeniowa, jest odporny na takie zjawiska jak np. inflacja, może stanowić sposób na przekazywanie wartości majątku między pokoleniami. Bo jego siła nabywcza jest mniej więcej stała.

- Dziś złoto jest w zasięgu niemal każdego inwestora. Nikt nikomu nie każe przecież kupować od razu kilogramowej sztaby, w ofercie są choćby sztabki jednogramowe czy monety bulionowe – mówi Sadrak. Wśród nich również te sprzedawane przez Narodowy Bank Polski.

Ale kupowanie złota to nie tylko same korzyści. Inwestor musi się liczyć z tym, że ceny sprzedaży kruszcu często są niższe niż jego ceny kupna. Co może być problemem w spieniężeniu inwestycji. Do tego dochodzą koszty zabezpieczenia i przechowywania metalu. Przemysław Kwiecień mówi, że złotem mogą się interesować duzi inwestorzy o zasobnych portfelach, którzy kupią je na wiele lat. Wytrawni gracze powinni też zainteresować się dolarem, który raczej powinien się umacniać na całym świecie. Dolar w portfelu może zniwelować straty na innych aktywach, np. akcjach.

Drobni, ci którzy chcą po prostu zabezpieczyć swoje oszczędności, nie powinni zbyt dużo kombinować. Lokata lub obligacja – tak, ale już np. kupowanie walut, by się ochronić przed skutkami osłabienia złotego – raczej nie.

- Bieg do kantoru, podyktowany emocjami, nie jest specjalnie dobrym pomysłem. Zazwyczaj taka decyzja jest spóźniona, zapada, gdy złoty już jest słaby. Pamiętam kolejki przed kantorami z 2009 r., gdy wybuchł kryzys. Najdłuższe były wtedy, gdy osłabienie złotego już się kończyło. Ludzie, którzy wtedy kupowali waluty, na pewno na tym stracili – mówi Kwiecień.