Część naszych rozmówców z obozu rządzącego twierdzi, że zmiany dotyczące zatrudnienia w administracji mają stanowić element pakietu jesiennego, związanego z rekonstrukcją rządu. Równoległe założenie jest takie, że cięcia w administracji będą się wiązać z podwyżkami dla tych urzędników, którzy zostaną w pracy. – Chodzi też o podniesienie prestiżu zawodu urzędnika państwowego – tłumaczy nasz rozmówca z obozu rządzącego. Na razie nie wiadomo, jak duże podwyżki czekają tych, którzy uciekną spod topora, mówi się np. o zwiększeniu kwoty bazowej.
Osoba z rządu przekonuje, że ostateczne decyzje co do kształtu reformy i jej zakresu nie zapadły. Trwają analizy. – Zmiany będą systemowe, nie chodzi o zwalnianie ludzi na potęgę. Jest też przecież wiele pustych etatów, z którymi trzeba zrobić porządek – tłumaczy nasz rozmówca.
Redukcje po części mają być naturalnym efektem zmniejszenia liczby resortów (najpewniej do 12, czyli mniej więcej połowy obecnego stanu). Ale to także efekt wniosków wyciąganych z czasów pandemii. – Okazało się, że da się zarządzać państwem, nawet w czasie kryzysu, mając połowę ludzi na stanie – mówi nam osoba z rządu.
Z relacji innego polityka Zjednoczonej Prawicy wynika, że zdaniem części ministrów wielu urzędników okazało się zbędnych. – Tyle że cięcia rzędu 10–20 proc. to potężna operacja, pytanie, czy to wykonalne w takim zakresie. Zwłaszcza że planujemy jeszcze zmianę ustawy o służbie cywilnej oraz dwie ustawy kadrowe dotyczące służb dyplomatycznych – dodaje jeden z naszych rozmówców. Nie chce jednak zdradzać szczegółów tych zmian.
Drogę do cięć w administracji otwiera art. 15 ustawy covidowej. Zakłada on, że „w przypadku, gdy negatywne skutki gospodarcze COVID-19 spowodują stan zagrożenia dla finansów publicznych państwa, w szczególności wyższy od zakładanego w ustawie budżetowej wzrost deficytu budżetu państwa lub państwowego długu publicznego”, rząd może w drodze rozporządzenia „określić rodzaj stosowanych rozwiązań w zakresie ograniczenia kosztów wynagrodzeń osobowych” w urzędach centralnych (takich jak ministerstwa czy urzędy wojewódzkie) oraz jednostkach sektora finansów publicznych, o których mowa w art. 9 pkt 5–9 ustawy z 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych (czyli np. agencje wykonawcze, instytucje gospodarki budżetowej, ZUS, NFZ). Wspomniany przepis daje Radzie Ministrów dwie możliwości: albo nałożenia obowiązku zmniejszenia zatrudnienia w tych podmiotach, albo wprowadzenia mniej korzystnych warunków zatrudnienia pracowników (na czas określony, nie dłuższy niż do końca danego roku budżetowego).
– W rozmowach pojawia się też wariant miękki, by nakazać poszczególnym jednostkom obniżyć koszty funkcjonowania np. o 10 proc., niezależnie od tego, w jaki sposób to osiągną. Ale to może być zbyt trudne – zwraca uwagę jeden z naszych rozmówców.
Zdaniem byłego pracownika jednego z urzędów wojewódzkich, jeśli za cięciami pójdą podwyżki dla pozostałych, zmiany mogą mieć sens. – Tym bardziej, że jest sporo naborów, na które nie zgłaszają się chętni, bo zainteresowanie pracą w administracji nie jest dziś zbyt wysokie – tłumaczy. Dodaje jednak, że przy takiej reformie trzeba brać pod uwagę ewentualne kwestie procesowe. – Dobrą metodą jest zmniejszenie kadry kierowniczej, np. przez łączenie trzech departamentów w jeden. To też bezpieczna forma zmian z procesowego punktu widzenia, bo mamy do czynienia ze zmianami kadrowymi, które są efektem zmian strukturalnych – przekonuje.
Krytycznie o planach rządu wypowiada się prof. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej. – Jestem przeciwnikiem takich reform ad hoc, czyli niejawnie, bez zasad i celu. Reforma administracji jest szczególnie istotna, bo sprawne zarządzanie państwem oznacza zdolność do zaspokajania potrzeb społeczeństwa na możliwie najwyższym poziomie, nie można tego robić pod wpływem chwili – komentuje prof. Itrich-Drabarek. Jak wskazuje, zawsze są dwie drogi. – Albo robimy wszystko, by zachować miejsca pracy i razem ponosimy trud zderzania się z nową rzeczywistością, albo zaczynamy robić swoje porządki, których cel jest w tej chwili niejasny. Pytanie, czy chodzi o zostawienie najlepszych pracowników, czy swoich. Pytanie też, czemu nie zdecydowaliśmy się na reformę administracji w czasach koniunktury. Teraz wygląda to bardziej na gaszenie pożaru niż usprawnianie państwa – ocenia profesor.
Co o przymiarkach rządu sądzi opozycja? – Administracja jest przerośnięta, ale nie wierzę w zmiany kadrowe dokonywane przez tę ekipę. Obawiam się, że redukcje będą służyć temu, by wyciąć do końca resztki służby cywilnej, a w ich miejsce przyjęci zostaną nowi działacze partyjni – komentuje Jan Grabiec z PO.
Podobnie sprawę widzi Anna Maria Żukowska z Lewicy. – Tworzy się super resorty po to, by najbardziej zaufanym w Zjednoczonej Prawicy dać jak największą władzę. Uzasadnienie o przyspieszeniu procesu decyzyjnego do mnie nie trafia, bo te resorty i tak już dziś są duże. A jeśli chodzi o zmiany w administracji, to bonzowie ZP muszą się obudować swoimi, wiernymi sobie ludźmi – twierdzi.
W plany redukcji w administracji nie wierzy Krzysztof Bosak z Konfederacji. – PiS nie jest zdolny do przeprowadzenia nawet 5-proc. cięć i skutecznego rządzenia państwem. Partia rządząca stosuje mechanizm polegający na dezinformowaniu społeczeństwa, by utrzymać wysokie poparcie i dobry wizerunek. Zapowiada się pewne rzeczy, których potem się nie realizuje – mówi Bosak. I dodaje, że jego zdaniem zmniejszenie liczby ministerstw może wręcz wywołać krótkookresowy wzrost wydatków, jak przy każdej tego typu reorganizacji.
Współpraca Grzegorz Osiecki
Dziennikarz zajmujący się tematami politycznymi, współautor podcastu „Z drugiej strony". Związany z DGP nieprzerwanie od 2010 roku. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW oraz Centrum Europejskiego UW.
