"Zdejmijcie kolana z naszych karków" - takie było hasło tegorocznego marszu, nawiązujące do przyduszanego w ten sposób przez policję i w konsekwencji zamordowanego Afroamerykanina George'a Floyda. To majowe zabójstwo wstrząsnęło Ameryką. Przez miasta USA przetoczyły się na skalę niewidzianą od wielu lat gwałtowne protesty; dochodziło do zamieszek.

Na fali wzburzenia pastor Al Sharpton na początku czerwca na pogrzebie Floyda wezwał do "Marszu na Waszyngton". Datę wybrano nieprzypadkową - 28 sierpnia - w 57. rocznicę historycznego przemówienia pastora Martina Luthera Kinga. W 1963 roku ten lider ruchu praw obywatelskich przed Mauzoleum Abrahama Lincolna powtarzał zwrot "Mam marzenie" (ang. I have a dream). Zdanie to i całe wystąpienie weszły do klasyki amerykańskiego polityki.

"Jesteśmy tutaj, bo wciąż domagamy się tego samego co chciał Martin Luther King - równości. Nie chcę, by moje dzieci czy wnuki musiały dalej o nią walczyć" - tłumaczyła PAP Shawna Kenzie, która na marsz przyjechała z Nowego Jorku.

Wśród uczestników marszu, w skwarze upalnego dnia szukających cienia w pobliżu Mauzoleum Lincolna, przeważało poczucie dziejowej szansy. Wielu deklarowało, że zabójstwo Floyda rozpoczęło proces wielkich zmian. "Ruszyliśmy, nabraliśmy rozpędu. Jest duża presja na policję, problemy afroamerykańskich społeczności spotykają się z coraz większym zrozumieniem" - przekonywał PAP czarnoskóry wolontariusz, który przedstawił się jako Jordan. Za główne ich problemy uznał nierówny dostęp do edukacji oraz brutalność policji.

30-latek był przekonany, że do przezwyciężenia tych problemów konieczne jest odsunięcie w listopadowych wyborach od władzy Donalda Trumpa. Marsz miał charakter zdecydowanie antyprezydencki, mnóstwo było koszulek i transparentów wyśmiewających i potępiających Republikanina. Odtworzone na telebimach wystąpienie kandydatki Demokratów na wiceprezydenta senator Kamali Harris spotkało się z owacjami.

Reklama

"Głosujmy tak, jakby zależało od tego nasze życie, nasze wolności" - wzywał sprzed Mauzoleum Lincolna Martin Luther King III, syn dawnego lidera ruchu praw obywatelskich. W tłumie można było znaleźć wolontariuszy, którzy pomagali przy rejestracji do głosowania.

"Nie przyszliśmy tu dziś, by zrobić teatrzyk. Manifestacje bez zmian prawnych nie spowodują zmiany" - mówił do zebranych Sharpton. Wielebny, znany z prowadzenia programów telewizyjnych i radiowych ocenił, że jeśli "w takiej liczbie stawiliśmy się w upale, to będziemy stać w kolejkach wyborczych cały dzień".

Z powodu koronawirusowych ograniczeń liczba maszerujących została znacznie ograniczona wobec początkowych planów. Niektóre organizacje spoza Waszyngtonu zmuszone zostały do odwołania przyjazdu. Mimo tego w centrum amerykańskiej stolicy stawiło się co najmniej kilkanaście tysięcy osób. Na Narodowych Błoniach w centrum ustawiano się już od świtu; obecność policji nie rzucała się w oczy.

Niemal wszyscy mieli na sobie maseczki ochronne. Medycy wybiórczo sprawdzali uczestnikom marszu temperaturę oraz spryskiwali im ręce płynem dezynfekującym. Można było nawet wykonać test na koronawirusa.

Epidemia nie przeszkodziła w kilku ciekawych pomysłach. Grupa blisko stu kobiet przyjechała do stolicy na motorach aż z Kalifornii, co zajęło im pięć dni. Do Waszyngtonu dotarła też grupa z Milwaukee w Wisconsin, która pieszo pokonała ponad 1250 kilometrów.

Podczas marszu popularny był gest podniesionej w górę zaciśniętej pięści - symbol Czarnych Panter z lat 60. ubiegłego wieku. Wyróżniały się osoby w strojach z afrykańskimi wzorami czy koszulkami piłkarskimi krajów Czarnego Kontynentu. Wypatrzeć można było również flagi Afroamerykanów o kolorach czarnym, czerwonym i zielonym. "Wiesz dlaczego te kolory? Czarny - bo mamy taką skórę, czerwony - bo mamy taką krew, a zielony - bo chcemy mieć takie pieniądze" - mówił PAP starszy mężczyzna, uśmiechając się i ścierając z twarzy pot.

Z powodu palącego słońca w tłumie kilka osób omdlało. W trakcie kilkugodzinnej manifestacji nie odnotowano jednak żadnych poważniejszych incydentów.

Tak spokojnie nie było na ulicach Waszyngtonu w nocy z czwartku na piątek. Wychodzących z Białego Domu z ostatniego dnia konwencji Republikanów przed agresywnym tłumem ochraniać musiała policja. Wśród eskortowanych przez służby do hotelu był m.in. republikański senator Rand Paul. Demonstrujący przed rezydencją amerykańskiego prezydenta przynieśli atrapę gilotyny, pod której nóż podłożono kukłę Trumpa.

Zachowanie demonstrujących w nocy potępił w piątek na wiecu w Manchester, w stanie New Hampshire prezydent Trump, nazywając ich "bandytami".

Dzień wcześniej, w przemówieniu, podczas którego przyjął nominację Republikanów na prezydenta, Trump podkreślał, że przed epidemią bezrobocie wśród Afroamerykanów było na rekordowo niskim poziomie, a jego administracja zapewniła finansowanie dla afroamerykańskich uczelni. Stwierdził też, że "zrobił więcej dla afroamerykańskiej społeczności niż jakikolwiek prezydent od czasów Abrahama Lincolna".