PiS obszedł swoich przeciwników z lewa i z prawa. Zdobył poparcie klas pracowniczych, zwiększając ich poczucie bezpieczeństwa socjalnego, a także dając im wrażenie wpływu na politykę. Poprzez zrealizowanie postulatów, które budzą grozę liberałów (500+, obniżenie wieku emerytalnego, częściowa repolonizacja sektora bankowego), zyskał tak cenną w demokracji wiarygodność. Jednocześnie zmonopolizował patriotyzm, łącząc polskość z narodowym katolicyzmem, martyrologiczną interpretacją przeszłości i antykomunizmem. Dodał do tego kieszonkową mocarstwowość (lider fantasmagoryjnego Międzymorza). Dlatego wszyscy polityczni konkurenci PiS mają problem: lewica z odzyskaniem poparcia klas pracujących, a liberałowie z odniesieniem się do progresji podatkowej i przezwyciężeniem konserwatyzmu w kwestii dalszego upodmiotawiania jednostki. W 2023 r. Polki i Polacy staną przed wyborem: albo skansenu osobliwości dziejowych chronionego przez partyjne, autorytarne państwo, albo otwartego społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu z nowoczesnym patriotyzmem.

Ruszyć drażliwe tematy

Wbrew pozorom opozycja może łatwo PiS przelicytować. Partia rządząca dała gotówkę do ręki rodzinom z dziećmi i emerytom, lecz usługi zdrowotne czy edukacyjne każe kupować na rynku. Obiecuje linię kolejową do Centralnego Portu Komunikacyjnego, lecz nie potrafi połączyć transportu kolejowego z samochodowym (intermodalność) ani odbudować lokalnych połączeń kolejowych i autobusowych. A przecież – jak pokazuje przykład krajów skandynawskich – budowa sieci żłobków, przedszkoli, dofinansowanie systemu edukacji i ochrony zdrowia, czyli wysoki poziom usług publicznych, są podstawą państwa dobrobytu. Jego warunkiem jest korekta wydatków budżetowych i przebudowa systemu podatkowego.

Treść całego artykułu można przeczytać w weekendowym wydaniu DGP.