Zarzuty prezydenta Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej (GOP) w sprawie nieprawidłowości dotyczą głównie przebiegu wyborów w tzw. wahających się stanach (ang. swing states). Od lat decydują one, który z rywalizujących kandydatów trafi do Białego Domu.

Pośród najczęściej wskazywanych znajdują się oskarżenia o fabrykowanie na masową skalę kart do głosowania. Przedstawiciele GOP twierdzą też, że dochodziło do przesyłania kart do głosowania w imieniu zmarłych i do fałszowania dat, aby nie przekroczyć obowiązującego terminu ich dostarczenia. Zgłaszają też skargi w sprawie - jak utrzymują - kilkakrotnego głosowania przez te same osoby oraz niesprawdzania autentyczności podpisów wyborców głosujących korespondencyjnie.

„Musimy walczyć w sądach, aby obnażyć fałszerstwa i kryjący się za tym spisek, żeby ponownie przeliczyć i przeprowadzić audyty w sprawie głosowania” – powiedziała w poniedziałek w Fox News prawniczka Sidney Powell.

Jej zdaniem doszło do masowych i skoordynowanych wysiłków, by „skraść wybory”. Mówiła o unieważnianiu i niszczeniu głosów oddanych na Trumpa. Twierdziła, że aby wzmocnić szanse Bidena, wysyłano karty wyborcze w imieniu zmarłych.

Powell jest obrońcą w procesie emerytowanego generała Michaela Flynna, pełniącego przez krótki czas funkcję doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, oskarżonego o okłamanie agentów FBI w sprawie rozmów z ambasadorem Rosji w USA w styczniu 2017 roku.

Reklama

„Zidentyfikowaliśmy w kluczowych stanach co najmniej 450 000 głosów, na których w cudowny sposób zaznaczony jest tylko Joe Biden, ale nie ma innych kandydatów” – przekonywała prawniczka.

Jak podała Fox News, Powell szacuje, że 90 tys. takich kart było w Pensylwanii, 80-90 tys. w Georgii, 42 tys. w Arizonie, 69-115 tys. w Michigan i 62 tys. w Wisconsin. Jak zaznaczyła, jeśli to prawda, to sprawa może mieć charakter systemowy.

W opinii Powell Demokraci używali także algorytmu, aby wytropić głosy, które trzeba zmienić i przy pomocy komputerów przerzucić z Trumpa na Bidena.

Sporo informacji o przypadkach rzekomych nadużyć pojawiło się w mediach społecznościowych. Zgłaszali je m.in. przedstawiciele kampanii wyborczej Trumpa oraz republikańscy politycy.

Rzeczniczka krajowa kampanii prezydenta Elizabeth Harrington przytoczyła na Twitterze wypowiedź osoby pracującej w jednym z lokali wyborczych. „Zostałem poinstruowany przez mojego przełożonego, aby poprawić datę wysłania pakietów do głosowania korespondencyjnego na wcześniejszą niż faktycznie zostały wysłane. Przełożony mówił wszystkim pracownikom, aby stosowali tę praktykę” - powiedziała ta osoba.

Do zaprzestania nadużyć wzywała nowo wybrana do Izby Reprezenantów USA Marjorie Taylor Greene z Georgii. „Mój mąż nigdy nie prosił o kartę do głosowania korespondencyjnego, ale kiedy poszedł głosować, powiedzieli mu, że otrzymali już (jego) kartę wyborczą pocztą” - tweetowała.

Przewodniczący American Conservative Union, najstarszej konserwatywnej organizacji lobbystycznej, Matthew Aaron Schlapp krytykował urzędników komisji wyborczych w Nevadzie. Twierdził na Twitterze, że karty do głosowania wysłano tam w imieniu osób, które już nie żyły. Według niego głosowały osoby niepełnoletnie, a także co najmniej 9000 osób mieszkających poza stanem.

Do sytuacji w Nevadzie nawiązał też były prokurator generalny stanu Adam Laxalt. Tweetował, że żaden pracownik komisji wyborczej nie sprawdził, czy specjalny sprzęt dokładnie badał autentyczność podpisów przy głosach oddanych drogą korespondencyjną.

W USA organizatorami wyborów są stany; obowiązujące w nich przepisy są zróżnicowane. Niektóre zarzuty nie uwzględniały faktu, że np. w tym roku według jednej z osób zaangażowanych w pracę komisji wyborczej w Pensylwanii z powodu dużej liczby głosów przesłanych pocztą, tamtejsza legislatura dopuściła możliwość niesprawdzania autentyczności podpisów na kartach wysłanych pocztą, aby nie opóźniać ich obliczania. Głosy przesłane pocztą, które w ogóle nie miały podpisu, były jednak odrzucane.

Wobec przeciążenia członkowie komisji wyborczych obawiali się, że jeśli w ich rejestrze nie było odnotowane, iż wyborca już nie żyje, a fałszerstwo występowało na masową skalę, nie sposób było tego w krótkim czasie sprawdzić.

Z kolei mieszkaniec Nowego Jorku pragnący zachować anonimowość powiedział PAP, że dostaje od lat zawiadomienia od komisji wyborczej dla nieżyjącej już osoby, lecz pomimo wielokrotnych interwencji nie zostało to w rejestrze uwzględnione.

Niektórzy Demokraci podawali w wątpliwość trafność zarzutów Republikanów. Wypowiedział się na ten temat na Twitterze m.in. amerykański senator reprezentujący Delaware Chris Coons.

„Jeśli Republikanie mają wspierać prezydenta Trumpa w jego oporze przed zaakceptowaniem wyników wyborów, prezydent musi pokazać kilka faktów, a nie tylko gniewne tweety” - ocenił.

Niektóre z zarzutów zgłoszonych przez Republikanów odrzuciły już sądy stanowe. W poniedziałek osobisty prawnik Trumpa, Jay Sekulow, powiedział dziennikarzom, że jego zdaniem ostateczną decyzję w sporze podejmie Sąd Najwyższy USA. Zdecydowaną większość mają tam obecnie sędziowie nominowani przez republikańskich prezydentów.