Międzynarodowi giganci nie promują lokalnych muzyków. Wolą zarabiać na mainstreamie

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
14 kwietnia 2023, 02:00
idol talent show muzyka
Wielkie koncerny muzyczne inwestują tylko w ludzi z talent show/shutterstock
Kto jest cenniejszy dla dużych wytwórni fonograficznych – polski artysta czy zagraniczna gwiazda? To zależy od popularności, osobowości… Niekoniecznie od samej muzyki

Byłem w siedzibie dużej wytwórni fonograficznej w Warszawie. Miałem przeprowadzić wywiad z artystą. Czekałem na rozmówcę w pokoju dyrektora repertuarowego, bo akurat go nie było. Po całym pokoju walała się sterta nierozpakowanych kopert. Zapytałem z ciekawości, co jest w środku. – Ach, to tylko płyty demo. Wie pan, młodzi przysyłają masowo – odpowiedział od niechcenia pracownik i odkopał nogą paczki, żeby zrobić sobie przejście do biurka szefa. – Nawet ich nie otwieracie? – zapytałem zdumiony. – Jeśli chcemy wydać kogoś nowego, to jest baza artystów z talent shows – wzruszył ramionami pracownik.

Ta historia miała miejsce kilka lat temu. Od tego czasu przemysł muzyczny jeszcze głębiej osiadł w gwarantującym sprzedaż mainstreamie. Wielcy gracze o globalnym zasięgu zarabiają na dużych nazwiskach, bo to sprawdzony produkt w makroskali. A co z lokalnym katalogiem? Czy dominujące na polskim rynku międzynarodowe wytwórnie widzą u siebie miejsce dla polskich artystów?

Muzyczny Hollywood

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się najpierw cofnąć w czasie – do okresu transformacji ustrojowej. Polska fonografia zaczęła się wtedy prywatyzować – jak wszystko. W latach 80. pojawiły się polonijne firmy płytowe z zagranicznym kapitałem (Arston, Polton, Savitor), a dekadę później obcy kapitał zaczął budować u nas potęgę „mejdżersów” – jak nazywane są największe wytwórnie muzyczne (dziś to Warner, Universal i Sony), które wchłonęły lokalne marki. I tak Polton został przejęty przez Warner Music Group, który kilka lat temu wszedł w posiadanie także Polskich Nagrań oraz dysponuje katalogiem EMI Music Poland. Niezależną wytwórnię Izabelin Studio sprzedano firmie PolyGram, która po fuzji z Seagrams dała Universal Music Polska. Polski oddział Sony urósł z kolei m.in. dzięki fuzji z BMG Poland, które wcześniej nabyło rodzimą wytwórnię Zic Zac.

Drobne i niezależne wytwórnie na polskim rynku zajmowały się krajowymi artystami. Izabelin wydawał płyty Hey, Edyty Bartosiewicz czy Kasi Kowalskiej. Z Polygramem związani byli Anna Maria Jopek i Perfect. Pod szyldem MJM debiutowały Wilki, a Zic Zac promował Kayah, De Mono, Elektryczne Gitary, Varius Manx czy Urszulę.

– Polskie wytwórnie były potrzebne do osadzenia i udomowienia tutaj fonograficznych gigantów, które za pośrednictwem naszych małych marek nawiązały kontakty na rodzimym rynku. Nie tylko z artystami, lecz także ze środowiskiem mediów oraz całym przemysłem rozrywkowym – tłumaczy Marek Kościkiewicz, współtwórca De Mono oraz pierwszy właściciel Zic Zaca. – Duże firmy działały na wzór Hollywoodu – produkowały zjawiska globalne, które sprzedawały na krajowych rynkach, w tym także w Polsce. Na tej zasadzie teledysk do piosenki amerykańskiej gwiazdy był pokazywany w całej Europie. Nie za darmo, bo w ramach rozliczenia stały procent ze sprzedaży zagranicznego repertuaru należało przekazać centrali. Polski katalog międzynarodowej firmy nie był oczywiście bez znaczenia. Pozwalał zarobić na utrzymanie tutejszych pracowników biura i administracji. Ten mechanizm działał w czasach, kiedy sprzedaż fizycznych nośników miała się bardzo dobrze.

Mowa o latach 90., kiedy albumy z polską muzyką faktycznie świetnie się sprzedawały – projekt Kayah z Bregoviciem (z hitami „Prawy do lewego” i „Śpij, kochanie, śpij”) firmowany przez Zic Zac/BMG Poland rozszedł się w nakładzie aż 700 tys. egzemplarzy. Mimo to amerykańska czy europejska centrala dowolnego mejdżersa nie przywiązywała nadmiernej wagi do sprzedaży polskiej muzyki. Najważniejszy był katalog płytowy gwiazd światowego formatu.

– Kiedy w latach 90. pracowałem w BMG Poland, amerykańską centralę interesowała sprzedaż piosenek o międzynarodowym zasięgu. Europejski repertuar średnio ją obchodził, a lokalny artysta z Polski był w budżecie dalekim miejscem po przecinku. Miał przede wszystkim nie przynosić strat. I tak już zostało. Artysta występuje po stronie kosztów i trzeba mieć tego świadomość – opowiada Tomasz Lipiński, założyciel Tiltu i były frontman Brygady Kryzys, a przez jakiś czas dyrektor ds. marketingu w BMG Poland. Wspomina także, że w europejskim zarządzie firmy zasiadały osoby głuche na trendy muzyczne i zajęte jedynie liczeniem pieniędzy.

Treść całego artykułu przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP. 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Tematy: muzyka
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj