To właśnie dzieje się w Nowej Zelandii, gdzie premier Jacinda Ardern zapewne wygra w wyborach odbywających się w najbliższą sobotę – po tym jak rywalizujący ze sobą politycy postarali się o przesunięcie terminu wyborów z 19 września. W czasie, gdy Stany Zjednoczone rozpadają się z powodu koronakryzysu i działań prezydenta, który odmówił zobowiązania się do pokojowego przekazania władzy po wcześniejszym wezwaniu do cofnięcia samego głosowania, spokojny i zrównoważony spektakl, jaki daje naród borykający się z tymi samymi problemami wydaje się niezwykły.

Nowa Zelandia z pewnością nie jest odporna na populizm w stylu Trumpa. Winston Peters, wicepremier Ardern, od dziesięcioleci przeciwstawia się migracji z Azji pod sztandarem Partii Najpierw Nowa Zelandia, zajmując jednocześnie szereg wysokich stanowisk jako jeden z najważniejszych polityków swojego pokolenia.

Dzięki zdecydowanej reakcji na pandemię, życie 4,9 miliona Nowozelandczyków wraca do pozoru normalności. W rezultacie, choć przez większą część kadencji jej notowania były zbliżone do tych opozycji, Ardern prowadzi teraz w sondażu. Może to zapewnić jej rządy bez partnera koalicyjnego. To niespotykany wynik od czasu, gdy w latach 90-tych kraj ten przestawił się na formę rządu o proporcjonalnej reprezentacji. Fakt, że Ardern wielkodusznie zgodziła się z opozycją na opóźnienie wyborów nie zaszkodził jej pozycji. W rzeczy samej, lekki wzrost liczby zakażeń koronawirusem jest już raczej pod kontrolą – to kolejne osiągnięcie, które skieruje zwolenników Ardern do urn wyborczych.

Równowagi w notowaniach kandydatów nie da się wytłumaczyć konceptem, że Nowa Zelandia jest „młodą demokracją”. Kraj przeprowadza wybory od lat pięćdziesiątych XIX wieku, rdzenni Maorysi głosują od 1867 roku, a kobiety zdobyły pełne prawa w 1893 roku, kilkadziesiąt lat przed większością innych krajów. W tym sensie rozwijającą się demokracją byłyby Stany Zjednoczone. Po krótkiej odwilży w okresie powojennej odbudowy po wojnie secesyjnej, zaczęły one przyznawać równe prawa wyborcze wszystkim dorosłym obywatelom – dopiero wtedy, gdy ustawa o prawach wyborczych z 1965 roku obaliła prawo Jima Crowa, dzięki któremu południowe stany uniemożliwiały Afroamerykanom uczestnictwa w wyborach.

Reklama

Historia rasistowskich represji wyborczych w połączeniu z głęboko zdecentralizowanym systemem amerykańskim najlepiej wyjaśnia, dlaczego prawo do głosowania jest obecnie traktowane jako polityczny krwawy sport, a nie jako ponadpartyjna podstawa demokracji.

Podobnie jak większość anglojęzycznych demokracji, oficjalnymi nadzorcami procesu wyborczego w Nowej Zelandii nie są wybierani urzędnicy samorządowi, lecz powoływana komisja krajowa. Ten brak bezpośredniej odpowiedzialności demokratycznej jest, paradoksalnie, dobrą sprawą. W przeciwieństwie do administratorów wybieranych z ramienia partii, wyżsi urzędnicy w zarządzie komisji wyborczej nie mają szczególnego udziału w tym, by któraś strona była uprzywilejowana przy urnach wyborczych i zawdzięczają swoją pozycję reputacji zawodowej. W związku z tym nie ma oznak politycznego konfliktu interesów, który tak często zarzucane jest kierownictwu amerykańskiej komisji wyborczej.

Widać różnicę w przyjęciu granic wyborczych. W Stanach Zjednoczonych są one wykorzystywane przez ustawodawców państwowych do meandrowania w zakresie okręgów od XIX wieku, co prowadzi do absurdów takich jak sytuacja w Karolinie Północnej, gdzie Republikanie posiadają 10 z 13 okręgów kongresowych, mimo że zdobyli zaledwie połowę głosów w wyborach w połowie 2018 roku.

W innych demokracjach anglojęzycznych takie decyzje są na tyle niekontrowersyjne, że ledwo istnieją w świadomości publicznej. W Australii zmiany granic przez krajową komisję wyborczą przed ubiegłorocznym ogólnokrajowym sondażem wyborczym hipotetycznie pozbawiły rząd większości przed pierwszą turą wyborów, ale nigdy nie padła sugestia, że premier Scott Morrison będzie próbował obalić tę decyzję.

Przeszkodą dla takiego działania w Stanach Zjednoczonych jest fakt, że konstytucja USA powierza zarządzanie wyborami w ręce stanów, które z kolei delegują znaczną część zarządzania wyborami do ponad 10 tys. jurysdykcji na szczeblu gminnym. To kontrast w porównaniu z Nową Zelandią, Australią i Wielką Brytanią, gdzie przeprowadzenie wyborów odbywa się na szczeblu krajowym.

Mimo to, w ramach tych ograniczeń, system wyborczy Stanów Zjednoczonych na przestrzeni wieków stawał się coraz bardziej ujednolicony. Zmiany w konstytucji zniosły ograniczenia ze względu na rasę, płeć, podatki wyborcze i wiek, a także ustanowiły wybory powszechne do Senatu. Ustawy uchwalone przez Kongres upoważniały do korzystania z okręgów jednoosobowych w Izbie, gwarantowały prawo do głosowania, regulowały finansowanie kampanii wyborczych i próbowały ujednolicić technologię maszyn do głosowania.

Stany, które zdecydowały się na delegowanie zarządzania wyborami na szczebel miejski, mogły równie dobrze delegować je do niezależnej agencji federalnej. Przeprowadzenie głosowania w dzień ustawowo wolny od pracy – lub w sobotę, jak to ma miejsce w Nowej Zelandii i sąsiedniej Australii – ułatwiłoby również ludziom korzystanie z ich demokratycznych praw.

Niestety, jest mało prawdopodobne, aby takie stopniowe reformy wystarczyły, jeśli nie zmieni się nastawienie. Jak wiele młodych spraw, demokracja, do której Ameryka przyzwyczaiła się po 1965 roku, jest nadal krucha. Połowa wyborców w 2018 roku urodziła się przed uchwaleniem ustawy o prawach wyborczych, a od 2013 roku znaczna część tej ustawy została „wypatroszona” przez Sąd Najwyższy USA.

Najbardziej unikalną cechą charakterystyczną dla anglojęzycznych demokracji innych niż amerykańska jest to, że nie jest ona zapisana w żadnej ustawie, a mimo to ma kluczowe znaczenie: we wszystkich gałęziach polityki panuje przekonanie, że prawo do głosowania jest fundamentalne i nie podlega negocjacjom. Naród opierający się na zasadzie, że wszyscy ludzie są stworzeni równi i obdarzeni niezbywalnymi prawami, powinien skorzystać z tej lekcji.