Podobno tylko jeden fragment przemówienia Donalda Trumpa w Warszawie nie spodobał się przedstawicielom naszej władzy. Ręce, które tak oklaskiwały prezydenta USA w każdym innym momencie, zastygły, gdy powiedział: „Po obu stronach Atlantyku nasi obywatele mają do czynienia z niebezpieczeństwem. To niebezpieczeństwo jest niewidoczne, ale znane Polakom. Rządowa biurokracja krępuje działalność obywateli. Zachód stał się wielki nie dzięki pracy biurowej i regulacjom, a dzięki ludziom, którzy mieli możliwość podążać za marzeniami i wypełniać swój los”.

To, oczywiście, prawda. Urzędnicy nigdy nie budowali dobrobytu i postępu. Przeciwnie – w imieniu władców i rządów starali się jak najwięcej z dobrobytu uszczknąć. A więc rację mają politycy tacy jak Trump, którzy nawołują do walki z biurokracją, bo to przecież – jak mawiał znany brytyjski historyk Cyril Parkinson – „dobrze zorganizowana zaraza”?

Cóż, nigdy nie sądziłem, że to powiem, i wciąż z trudem przechodzi mi to przez gardło, ale... nie. Mylą się.

Gonienie króliczka

Zapewniam na wstępie, że nie wziąłem łapówki od żadnego z ponad 700 tys. pracujących w Polsce urzędników, by napisać artykuł w ich obronie. Nie jestem też socjalistą. Ale powiedzmy to sobie wprost: w debatę o biurokracji należy wpuścić trochę świeżego powietrza. Obecnie jest ona zdominowana przez dwie grupy, z których każda tkwi w błędzie.

Pierwsza nie widzi w biurokracji najmniejszego problemu. Skoro państwo wykonuje wiele zadań, to i potrzebuje wielu urzędników oraz rozbudowanej administracji. Procedury zaś po prostu muszą być skomplikowane, bo świat jest skomplikowany. To naturalne i konieczne. Zwłaszcza że państwo jest coraz większe i zajmuje się – a przekonują, że słusznie – coraz większą ilością zadań. To w pewnym sensie myślenie postweberowskie. Słynny socjolog Max Weber uważał biurokrację za przejaw dziejowego postępu i narzędzie racjonalnego sprawowania rządów. Tyle że biurokracja w jego modelu stanowiła typ idealny, którego w realnym świecie nie ma. Chciałbym się mylić, ale zdaje się, że niektórzy ów weberowski wyidealizowany model biorą za stan faktyczny.

Druga grupa do biurokracji podchodzi z ostrym mieczem, chcąc przeprowadzić szybką i bezwzględną decymację urzędniczych legionów i masowego zniesienia procedur i przepisów administracyjnych. Rząd uważa ona za przekleństwo, a biurokrację za jedną z największych przeszkód na drodze do jego odchudzenia. Do tej grupy zaliczają się politycy tacy jak Trump.

Błędu pierwszej grupy nie trzeba udowadniać, tak jest oczywisty. Nadmierna biurokracja jest od lat wskazywana przez ekonomistów jako jeden z największych hamulców rozwojowych w naszym kraju i ze świecą szukać speca od zarządzania i wzrostu gospodarczego, który ma inne zdanie. W rankingu Banku Światowego „Doing Business 2017” czytamy na przykład, że rejestracja firmy zajmuje u nas średnio aż 37 dni, a potem co roku pełne 11 dni przedsiębiorcy spędzają na rozliczeniach podatkowych. To tylko dwa przykłady, gdy biurokracja pochłania energię i zasoby, które w innym wypadku można by spożytkować w twórczy dla PKB sposób. Jednak artykułów opisujących te problemy były w prasie setki i nie będę ich powielać.

Druga grupa myli się, gdy przekonuje, że w ogóle można „zwalczyć biurokrację”. Póki godzimy się na istnienie państwa, jakichkolwiek rozmiarów, to zawsze czymś trzeba będzie administrować. Chociażby wojskiem, policją, sądami. Oczywiście im więcej rzeczy w zarządzie, tym trudniej nad nimi zapanować. Więc biurokracja zawsze będzie jakimś problemem, prawda? A nawet i anarchokapitaliści nie powiedzą, że ich upragniony system prywatnego społeczeństwa rynkowego byłby pozbawiony biurokracji. Nie jest ona w końcu wyłącznie fenomenem dotyczącym instytucji państwowych. Firmy prywatne także mają czym administrować i także ponoszą tego koszty.

Całość artykułu w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej