Podał, że wydział postępowań kontrolnych na jego polecenie miał obowiązek analizy otwartych źródeł informacji - nie tylko o Amber Gold, ale wszystkich zdarzeniach z terenu delegatury, związanych z ustawową działalnością biura. Rozmawiał też z naczelnikiem pionu kontroli po informacjach publicznych na temat Amber Gold i zapoznawał się ze wszystkimi informacjami z przeglądu otwartych źródeł informacji.

"Nie było na tamtym etapie żadnych informacji, które dawały podstawę do podjęcia działań" - zapewnił. Gdy organy śledcze podjęły działania wobec firmy deklarował w prokuraturze, że jeśli w tej sprawie "wyjdzie jakiś wątek korupcyjny", to Biuro jest w stanie swoimi ludźmi przejąć go do prowadzenia.

Dopytywany, dlaczego zatem sam nie podjął działań wyjaśnił, że oczywiście mógłby zlecić czynności, ale w jego ocenie dublowałyby one działania ABW. Podkreślił, że takie działania powinien robić podmiot, który dysponuje postępowaniem przygotowawczym, ma z niego przegląd, może te działania poddawać analizie i zaplanować odpowiednie czynności.

Podkreślił, że sprawa Amber Gold nie spełniała ustawowych przesłanek, do zajmowania się nią bo firma m.in. nie była jednostką z sektora finansów publicznych, nie korzystała z publicznych środków. Stankiewicz zaznaczył, że o przekazaniu śledztwa w sprawie Amber Gold do Łodzi dowiedział się z mediów, ale stale był w kontakcie z dyrektorem delegatury ABW w Gdańsku, któremu przekazywał informacje i dzielił się nimi.

Zadeklarował, że każda informacja o możliwości zajścia korupcji była poważnie traktowana przez delegaturę Biura. Przypomniał, że prowadziła ona m.in. sprawę dotyczącą nieprawidłowości przy zakupie siedziby Sądu Okręgowego w Gdańsku. W sprawie Amber Gold w tym czasie nie uzyskał żadnych informacji, która dałyby podstawy do zlecenia działania podległym mu funkcjonariuszom - podkreślił powtórnie.

Pytany, czy CBA korzystało ze swoich informatorów, w celu zbadania, czy w sprawie Amber Gold dochodziło do zdarzeń korupcyjnych odparł, że prosi o powtórzenie tego pytania w trybie niejawnym. Dopytany przyznał, że tak, ale żadna z tych osób nie przekazała takich informacji.

Stankiewicz powiedział, że przed lipcem 2010 r. nie miał informacji nt. Marcina P. Przyznał, że zwrócił uwagę na reklamy Amber Gold w Trójmieście; ocenił, że były podobne do reklam jednego z banków komercyjnych.

Podczas przesłuchania szefowa komisji poruszyła też wątek syna b. premiera Donalda Tuska, Michała. Małgorzata Wassermann (PiS) pytała świadka o to, kiedy dowiedział się, że Michał Tusk pracował dla OLT Express. Stankiewicz odparł, że dowiedział się wtedy, kiedy informacja "ukazała w otwartych źródłach". "Pan chyba żartuje" - stwierdziła szefowa komisji. "Nie" - odparł świadek.

Szefowa komisji dopytywała też czy fakt pojawienia się w Gdańsku linii lotniczych OLT Express zainteresował tamtejszą delegaturę CBA.

"Wszystkie informacje dotyczące Amber Gold były analizowane na podstawie otwartych źródeł informacji. W naszej ocenie nie było właściwości ustawowej, a więc nie zlecałem dalszych działań" - odpowiedział Stankiewicz.

W dalszej części przesłuchania świadek zeznał też, że nie zna Donalda Tuska; nie miał też w zasadzie kontaktów z politykami. "Mój kontakt z politykami na terenie Trójmiasta był ograniczony wyłącznie do sytuacji, gdzie zmierzałem do pozyskania budynku na nową delegaturę CBA w Gdańsku. Miałem kilkukrotne kontakty z wojewodą, prezydentem Gdańska i prezydentem Gdyni" - powiedział.