Po jednej stronie sporu mamy strażnika europejskiego porządku - Niemcy, po drugiej Grecję, czyli notorycznego dłużnika Wspólnoty. Berlin jest zwolennikiem rygorystycznego podejścia do gospodarki. Grecja jest z kolei przykładem prowadzenia nadmiernie permisywnej polityki, która hołduje nierozważnej konsumpcji i nadmiernemu rozprężeniu społeczeństwa.

Homo economicus to koncepcja ekonomiczna, która zakłada, że człowiek jest istotą racjonalną, która zawsze dąży do maksymalizacji zysków i korzyści oraz podejmuje decyzje ze względu na ich ekonomiczny rezultat. Definicja ta została stworzona przez Johna Stuarta Milla.

Naprzeciwko tej koncepcji znajduje się pogląd, że człowiek jest istotą z natury ułomną, targaną emocjami i zwierzęcymi impulsami. Pozostawieniu mu więc pełnej swobody dokonywania ekonomicznych wyborów może doprowadzić szybko do załamania gospodarki. Człowiek w tej koncepcji folguje przyjemnościom, nie biorąc pod uwagę konsekwencji swoich działań.

Ostatnie lata w polityce UE dostarczają przykładów dla potwierdzenia prawdziwości obu koncepcji. Pierwszą potwierdzają kraje Europy Płn., na czele z Niemcami, które oczekują od Grecji polityki zaciskania pasa. Rygoryzm ich podejścia można by porównać do nastawienia nadmiernie troskliwego rodzica, który przez swoje radykalne podejście nie pozwala dziecku na harmonijny rozwój. Przykładem drugiej jest Grecja i inne kraje z basenu Morza Śródziemnego, która nie chce liczyć się z racjonalnymi argumentami, oczekuje specjalnych praw, a w wyborach głosuje na populistyczne partie, które nieustannie odwołują się do niskich pobudek i emocji wyborców.

Czy jest jakieś pośrednie rozwiązanie? Państwo opiekuńcze, wspierające „nieekonomiczne” jednostki, które jest jednocześnie wyposażone w zdrowe mechanizmy wolnego rynku? Czy najlepszym modelem dla Europy są skandynawskie gospodarki?

>>> Polecamy: Poparcie dla rządu Syrizy spada. Większość Greków chce pozostać w strefie euro

Śmierć homo economicusa?

Ostatnie dekady to w ekonomii zdecydowana dominacja koncepcji homo economicusa. W neoliberalnej ekonomii dominował do niedawna pogląd o racjonalności człowieka, o zdolności rynku do samoregulacji i potrzebie ograniczenia interwencjonizmu państwowego. Mówiono o „końcu ekonomicznej historii” (wykorzystując i przenosząc na ekonomię tezę Francisa Fukuyamy mówiącą, że liberalna demokracja jest ostatecznym i niezastępowalnym systemem politycznym).

Wielki kryzys finansowy z 2008 roku zdecydowanie podkopał to przekonanie. To, że system finansowy (bankowy) wypuszczony spod kontroli może doprowadzić do gospodarczej katastrofy wiedzą już niemal wszyscy. Kolejnym etapem problemów gospodarczych Wspólnoty jest przypadek krajów Europy Południowej. Nie jest przypadkiem, że kryzys w największym stopniu dotknął po kolei właśnie wszystkie kraje z basenu Morza Śródziemnego: Hiszpanię, Włochy, Portugalię i Grecję. Co łączy wszystkie te kraje? Przede wszystkim pewien dominujący w nich typ finansowo nieodpowiedzialnego obywatela oraz model społeczny oparty na wielkiej rodzinie i sieci znajomych, w którym dużą rolę odgrywają wzajemne zależności, układy i emocjonalne związki. Korupcja i nepotyzm. Nadmiernie rozrośnięta administracja państwowa, brak odpowiedniej etyki pracy i dyscypliny.

O Grecji czy Hiszpanii można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że składają się z „homo economicusów”. Społeczeństwa tych krajów charakteryzują się wszystkimi wyżej wymienionymi cechami. Wspólnym obszarem działań poprzednich rządzących w Atenach ekip było rozbudowywanie administracji państwowej i rozdawanie posad za poparcie. Kraje południowej Europy żyją swoim powolnym śródziemnomorskim rytmem, a struktura ich społeczeństw zdaje się nie przystawać do wymogów korpo-świata. Nieefektywnie zarządzana gospodarka tych państw dostała w końcu zadyszki. Grecy jednak zamiast oszczędzać, zdecydowali się na bunt wobec unijnej „Trojki”. Szczyt nieracjonalności pokazali, głosując w ostatnich wyborach na skrajne populistyczne partie.

>>> Czytaj też: Wskaźnik wolnych miejsc pracy w Polsce wśród najniższych UE. Oto najnowsze dane Eurostatu

Jak wyjść z pułapki?

Obecnie w Europie toczą się debaty nad tym, jak wyjść z gospodarczego kryzysu. Coraz więcej państw Wspólnoty domaga się rygorystycznego przestrzegania przez Grecję programu spłaty długu, czyli dalszej polityki zaciskania pasa. Przeciwnicy takiego rozwiązania powołują się na szereg przykładów pokazujących, że taka strategia wychodzenia z kryzysu jest  szkodliwa, dławi bowiem konsumpcję i prowadzi w konsekwencji tego do spowolnienia wzrostu i zwiększenia bezrobocia. Najbardziej jaskrawym (przy tym dosyć odległym) przykładem jest europejska polityka zastosowana wobec Niemiec po zakończeniu I wojny światowej, która w krótkim czasie doprowadziła do finansowej zapaści tego kraju.

Bardzo ważnym elementem oceny stanu gospodarki jest poziom konsumpcji. „Człowiek ekonomiczny” powinien kupować, czyniąc to oczywiście w sposób racjonalny. Dane Eurostatu z ostatnich lat pokazują (dotyczą konsumpcji indywidualnej na głowę mieszkańca), że z grecką konsumpcją jest nie najlepiej. O ile jeszcze w 2011 roku wskaźnik ten wynosił dla Aten 89 proc. unijnej średniej, o tyle w 2013 roku spadł do jedynie 83 proc. Widać więc, że polityka gospodarcza narzucona Grecji przez Niemcy dusi chęć Greków do zakupów. W kraju tym regularnie rośnie też od wielu lat bezrobocie. Od maja 2008 do grudnia 2014 liczba osób bez pracy zwiększyła się z 7,3 proc. do 26 proc.

EBC zrozumiał potrzebę pobudzenia unijnej gospodarki. Znajdującą się na skraju deflacji UE do inwestycji skłonić ma, właśnie rozpoczęta przez Bank Centralny polityka luzowania ilościowego.

Co natomiast Unia powinna zrobić z Grecją? Dogadać się z Syrizą i liczyć, że zakończenie polityki oszczędności pobudzi konsumpcję i wzrost gospodarczy? A może kontynuować restrykcyjną politykę, która nauczy Greków odpowiedzialności finansowej? Najlepszy wydaje się być model pośredni, to znaczy wdrażanie umiarkowanego modelu gospodarczego. A więc wolny rynek, ale pod rozsądną kontrolą rządów.

Ta równowaga pomiędzy wolnym rynkiem a kontrolą państwa jest istotna tym bardziej, że we współczesnej zachodniej myśli zbytnio przeważa materializm. Większość problemów człowieka jest rozpatrywana w paradygmacie ekonomicznym. W całym Zachodnim świecie „być” oznacza dla człowieka „mieć”. Rozwijać się, to ni mniej ni więcej, nabywać kolejne dobra. Ten determinizm materialistyczny był bardzo dobrze widoczny w Polsce w latach 90., czyli okresie drapieżnego kapitalizmu. Nie chodzi tutaj o negację kapitalistycznych, czy korporacyjnych wartości. Chodzi o znalezienie złotego środka, który zakończy dalszą „siestę” Grecji, ale nie doprowadzi też do śmierci tego „pacjenta”.

>>> Polecamy: To już koniec europejskiej jedności wobec Rosji? Sankcje zostaną, ale nie na długo