"Myślę, że Grecja sporo straciła na ogłaszaniu referendum, bo teraz jest na krawędzi wyjścia z euro, a nie zanotowaliśmy jak dotąd jakiegoś efektu "zarażenia" (na rynkach)" - powiedział prof. ekonomii na Uniwersytecie Harvarda, były główny ekonomista MFW Kenneth Rogoff podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez waszyngtońską Radę Stosunków Międzynarodowych (CFR).

Wbrew obawom niektórych, rynki nie zareagowały w dramatyczny sposób na wynik niedzielnego referendum, w którym Grecy zdecydowanie odrzucili warunki dalszej pomocy wierzycieli.

>>> Czytaj też: Putin przypomina: „Grecjo nie martw się, jak będzie trzeba, pomożemy”

"Oczywiście Europejczycy chcą pomóc Grecji, ale prawdą jest, że bali się głównie o efekt domina. Grecja straciła ten argument i jej pozycja w negocjacjach jest choćby już tylko z tego powodu gorsza" - dodał Rogoff.

Zdaniem eksperta CFR ds. międzynarodowej gospodarki Sebastiana Mallaby'ego, za utrzymaniem Grecji w eurolandzie przemawiają głównie "obawy natury politycznej", a nie finansowej. To obawy, że Grecy, jeśli znajdą się w rozpaczliwej sytuacji finansowej, mogliby np. dokonać przewrotu wojskowego, albo zawrzeć sojusz z Rosją, czy też otworzyć się na pomoc z Chin - wymieniał.

"To te obawy są moim zdaniem największym bodźcem dla liderów europejskich, czyli wierzycieli, by utrzymać Grecję w eurolandzie" - dodał.

Przypomniał, że grecki premier Aleksis Tsipras był już kilkakrotnie w Moskwie, gdzie krytykował zachodnie sankcję wobec Rosji, mimo że Grecja jest członkiem UE i NATO. "Czy to powinno nas martwić, że kraj mniejszy od Luizjany zaczyna być antyzachodni? Cóż, ostatnie 10-15 lat pokazało, że słabe kraje mogą zaszkodzić stabilności dużych, prosperujących państw" - powiedział.

Rogoff zgodził się, że polityczna niestabilność, jaką może wywołać wyjście Grecji z euro, to coś, co niepokoi nie tylko w Europie, ale jest jednym z głównych powodów apeli Stanów Zjednoczonych do Aten i eurolandu o kompromis. Ale jego zdaniem naród grecki sprzeciwiliby się, gdyby rząd w Atenach faktycznie zrezygnował z sojuszu z Zachodem na rzecz zbliżenia z Rosją czy Chinami.

Ocenił, że w obecnych negocjacjach "piłeczka jest po stronie Grecji" i to rząd Tsiprasa musi przekonać liderów eurolandu, że ma pomysły na reformy strukturalne, które dają nadzieje ma uzdrowienie kraju. Mallaby ocenił, że skoro Grecy nie byli w stanie zaoferować wierzycielom wiarygodnej obietnicy współpracy przed referendum, to nie będą w stanie zrobić tego także teraz. "Nie spodziewam się porozumienia" - przyznał.

>>> Czytaj też: Grecja coraz bardziej irytuje KE. "Mamy szczegółowy scenariusz Grexitu"

Inny ekspert CFR, Robert Khan, uznał, że jeśli faktycznie nie dojdzie do porozumienia i Grecja wyjdzie z eurolandu, to w rezultacie strefa euro mogłaby na tym skorzystać. "To mogłoby dać impuls do dalszych starań o umocnienie integracji, by zredukować ryzyko innych kryzysów" - powiedział Khan.

Zdecydowanie zgodził się z nim Rogoff, zwracając uwagę, że to Grecja była słabym ogniwem, krajem, który nie grał zgodnie z zasadami.

Także zdaniem Mallaby'ego, jeśli Grecja wyjdzie z eurolandu, "powinno to być nauczką, że należy umocnić unię walutową". Z drugiej strony uznał, że po greckim bankructwie, co oznaczałoby dla europejskich wierzycieli straty, wyborcy w Niemczech czy Finlandii byliby jeszcze mniej skłonni do przekazywania środków innym krajom na peryferiach eurolandu.

Ekspert nie miał jednak wątpliwości, że za wyjście z eurolandu Grecy zapłaciliby bardzo wysoką gospodarczą cenę. "To byłoby chaotyczne i okropne przez przynajmniej kilka miesięcy" - powiedział. W efekcie inne populistyczne, skrajnie lewicowe, bądź prawicowe partie w Europie mogłoby stracić na atrakcyjności w oczach wyborców. "To na pewno zwiększyłoby spójność Europy" - powiedział.