Imponujące kwoty, na jakie władze szacowały wartość przejętych narkotyków – to jedna z pierwszych rzeczy, jaką zauważył autor, patrząc na biznes narkotykowy z punktu widzenia ekonomisty. Niedługo po jego przybyciu do Meksyku (był korespondentem brytyjskiego magazynu „The Economist”) w 2010 r. władze dokonały przejęcia jednego z największych transportów narkotyków w historii – 134 t marihuany w 15 tys. paczek ukrytych w sześciu kontenerach w magazynie na nadbrzeżu. Generał Alfonso Duarte Mugica, dowódca meksykańskiej armii, z dumą oświadczył wówczas, że narkotyki są warte 340 mln dol., a niektóre amerykańskie gazety podawały nawet sumę 0,5 mld dol.

Ani jedna z tych kwot nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością. Szacowana wartość podana przez meksykańskiego generała wzięła się stąd, że skoro 1 g marihuany można w Meksyku kupić za około 3 dol., to ponad 100 t warte jest ponad 300 mln dol. (podobnego obliczenia dokonano w USA ze znanym efektem).

Zależy, kto liczy

Dlaczego ten sposób liczenia jest absurdalny? Zastosujmy go do innego produktu eksportowego Ameryki Południowej – argentyńskiej wołowiny. W restauracji na Manhattanie steak może kosztować 50 dol., czyli 22 centy za 1 g mięsa. To oznaczałoby, że półtonowe zwierzę byłoby warte 100 tys. dol., czyli około 400 tys. zł. Takie zwierzę musi jednak najpierw trafić do rzeźni. Mięso musi zostać pokrojone, zapakowane, wysłane do sprzedawców, a potem do restauracji, gdzie zostanie upieczone i dopiero wtedy jest warte 50 dol. za kotlet. Dlatego nikt nie przelicza wartości bydła w Argentynie według rynkowej ceny kotleta w restauracji na Manhattanie. Władze nie mają jednak żadnych obiekcji, by w ten sposób szacować wartość przejętych narkotyków.

Ile zatem naprawdę były warte narkotyki zajęte przez meksykańską armię? Hurtowa cena marihuany w Meksyku to 80 dol./kg, czyli 8 centów za 1 g, co oznaczałoby, że ładunek wart był 10 mln dol. Nawet ta liczba jest zawyżona, ponieważ nikt, kto ma 100 t nielegalnego produktu, nie sprzedaje go na kilogramy. Tak więc faktyczna wartość przejętych narkotyków to zaledwie 3 proc. tego, co podały władze. Powstaje jednak pytanie: jeżeli w tym przypadku władze tak bardzo się mylą, to co jeszcze z tego, co mówią nam politycy o handlu narkotykami, jest nieprawdą?

Autor zwraca uwagę, że światowa walka z narkotykami polega na tym, by za wszelką cenę zmniejszyć ich podaż. W Ameryce Południowej masowo niszczone są plantacje. Tymczasem od dwóch dekad cena kokainy w USA nie zmienia się istotnie i wynosi około 180 dol./g (porcja o tej wadze kupiona na ulicy kosztuje zwykle połowę tej kwoty, ponieważ zawiera około 50 proc. narkotyku). W tym okresie liczba osób korzystających z kokainy w USA także była stała (1,5–2 mln), a ONZ szacuje, że światowy popyt na kokainę utrzymuje się tym samym poziomie. Ograniczona podaż przy stałym popycie powinna spowodować wzrost cen. Tak się jednak nie stało. Dlaczego?

>>> Czytaj też: Coraz trudniej o narkotyki w Internecie. Kolejne targowiska upadają

Monopol á rebours

Otóż kartele narkotykowe odgrywają w tym biznesie rolę podobną do sieci supermarketów Walmart. Kupują rośliny od farmerów, przerabiają je, porcjują, pakują, dostarczają do klientów i im je sprzedają. Dwaj ekonomiści, Jorge Gallego z New York University i Daniel Rico z University of Maryland, zestawili dane o zmianach w uprawach liści koki w Kolumbii z danymi z ONZ o cenach, które kartele płacą farmerom. Okazało się, że kampanie niszczenia upraw nie miały na nie żadnego wpływu. To, że towaru jest mniej, nie sprawia, że farmerzy dostają więcej.

Ekonomiści uważają, że dzieje się tak dlatego, iż kartele działają jak monopson (odpowiednik monopolu, w którym wyłączność ma kupujący, a nie sprzedawca, bycie monopsonem często zarzuca się właśnie Walmartowi) i mogą dyktować ceny. Wydaje się zresztą intuicyjnie oczywiste, że siła przetargowa kolumbijskiego farmera w negocjacjach z przedstawicielami kartelu narkotykowego nie jest duża i raczej nie może on sobie pozwolić na stwierdzenie, że cena go nie satysfakcjonuje i poszuka sobie lepszego kupca. Tak więc kampania polegająca na niszczeniu plantacji liści koki nie ma żadnego wpływu na cenę narkotyku. Zmniejsza tylko dochody i tak ubogich farmerów z Kolumbii, jeszcze bardziej zdając ich na łaskę przestępców.

Aby zrozumieć bezsens tej strategii, warto zdać sobie sprawę, że do wyprodukowania 1 kg kokainy potrzeba 1 t liści koki, które wysuszone kosztują w Kolumbii 400 dol. Narkotyk może zostać sprzedany w USA za 100 tys. dol., więc nawet gdyby udało się podnieść cenę liści o 100 proc., a kartel przeniósłby całość tej podwyżki na klientów, to cena kokainy wzrosłaby do 100400 dol., czyli o mniej niż 1 proc.

Żeby rynek nie był czarny

Nowatorstwo książki Wrighta polega na tym, że tłumaczy dlaczego obecna wojna z narkotykami nie przynosi efektów. Większość pieniędzy wydawana jest walkę z podażą (na przykład poprzez niszczenie upraw). Tymczasem popyt na narkotyki ma niewielką elastyczność tzn. nawet gdyby udało się doprowadzić do podniesienia ich cen to ludzie nie kupią ich dużo mniej (chociażby ze względu na to, że są od nich uzależnieni).

Walka popytem jest nie tylko skuteczniejsza, ale i tańsza. Jak twierdzi autor pieniądze wydane na leczenie uzależnionych prowadzą do dziesięciokrotnie większej redukcji spożycia kokainy niż wtedy gdybyśmy wydali te pieniądze na niszczenie upraw w Ameryce Południowej.

Książka pisana jest z punktu widzenia ekonomisty. Publikacji o polityce antynarkotykowej na rynku nie brakuje, ale ten właśnie punkt widzenia nie jest rozpowszechniony i sprawia, że temat, na który – wydawałoby się – nie da się napisać nic nowego, odzyskuje świeżość. Autor stara się podejść do karteli narkotykowych jak do firm z którejś z legalnych branż (stąd tytuły rozdziałów, np. „Jak mafia inspiruje się McDonaldem”). Jego podejście może być uznane za kontrowersyjne, bo mówimy tu o legalizacji trującej używki, ale po dłuższej analizie pojawia się argument obronny: liczy się efekt finalny.

Publikacja zyskuje na tym, że autor od 2010 r. był korespondentem z Meksyku i uzupełnia analityczne fragmenty reporterskimi wstawkami z pierwszej linii frontu walki z narkotykami. „Narconomics” to pozycja zdecydowanie godna polecenia, nie tylko dla osób szczególnie interesujących się tematyką narkotyków.

Można się też spodziewać, że będzie wpływała na metodologię walki z narkotykami na świecie. Jak zauważył recenzent tej książki w „The Wall Street Journal” w przygotowaniu do kolejnego zgromadzenie ONZ na temat walki z narkotykami rządy państw w pierwszej kolejności powinny konsultować się w tej sprawie nie ze swoimi generałami, ale właśnie ekonomistami.

>>> Polecamy: Ekspert: Akcyza na papierosy jest absurdalna, a narkotyki powinny być legalne

Autor: Aleksander Piński