Jak donosi Reuters, narodowa agencja szpiegowska w podczas poniedziałkowej komisji parlamentarnej stwierdziła, że to właśnie mogą stać za bezprecedensową kradzieżą. W styczniu z japońskiej giełdy zniknęły tokeny o wartości około 530 milionów dolarów.
Włamanie do nastąpiło 26 stycznia – przejęto ponad 520 milionów jednostek waluty cyfrowej o nazwie , na szkodę około 260 000 klientów. Tokijska firma przyznała, że nie stosowała wszystkich niezbędnych środków bezpieczeństwa i obiecała wykorzystać własne pieniądze, by zwrócić koszty klientom. Z tego też powodu japońskie władze zadeklarowały, że zbadają wszystkie lokalne giełdy kryptowalutowe pod kątem luk bezpieczeństwa.
Uważa się, że Korea Północna używa kryptowaluty, aby uzyskać twardą gotówkę, omijając sankcje ONZ.
Według wrześniowego raportu firmy FireEye, hakerzy z Korei Północnej co najmniej trzykrotnie próbowali włamać się na południowokoreańskie kryptogiełdy, by przejąć część kapitału, a jeden z ataków zakończył się sukcesem. Po tym, jak firma z siedzibą w Seulu złożyła wniosek o upadłość z powodu utraty 17 proc. swoich aktywów w grudniowym cyberataku, południowokoreańscy śledczy wzięli pod uwagę również możliwy udział Korei Północnej i w tym przypadku.
Według południowokoreańskiej agencji wartość skradzionych kryptowalut przez ich sąsiada z Północy w zeszłym roku można oszacować na kilkadziesiąt milionów dolarów. Według Korea Herald i Chosun Ilbo, Korea Północna użyła fałszywych formularzy podania o pracę, by zhakować hasła klientów.
Włamanie na Coincheck jest jak dotąd największą kradzieżą kryptowalut w historii. Zdeklasowało przypadek firmy z siedzibą w Tokio, która złożyła wniosek o ogłoszenie bankructwa w 2014 roku po tym, jak w cyberataku straciła około 480 milionów dolarów.
>>> Czytaj też: Dolina Krzemowa nie wystarczy. USA spadają w rankingu innowacyjności
