Umieszczenie amerykańskich baz wojskowych w Niemczech po drugiej wojnie światowej stanowiło odpowiedź na potrzebę odstraszenia Sowietów i środek zapobiegawczy przeciwko ponownemu zagrożeniu wojskowemu ze strony Niemiec. Ten drugi cel wydaje się dziś być bez znaczenia. Niemieccy wyborcy nie popierają zwiększania wydatków na wojsko, a rząd ma niechętny stosunek do zwiększania budżetu na obronność do wymaganego przez NATO poziomu 2 proc. PKB. Na następny rok proponowane są wydatki rzędu 1,3 proc. PKB.

Co więcej, teoretyczna linia frontu pomiędzy Rosją a NATO nie przebiega już przez Niemcy, które dziś są oddzielone od Rosji kilkoma państwami, w tym krajami bałtyckimi i Polską. Niemcy czują się bezpiecznie i są wśród narodów, które najmniej popierają obronę sojusznika z NATO przed rosyjskim atakiem.

W przeprowadzonej w 2016 roku analizie potencjalnego ataku Rosji na kraje bałtyckie David Shlapak i Michael Johnson z Rand Corporation stwierdzili, że nowa linia frontu jest mniej więcej takiej długości, jak linia frontu zimnej wojny w Niemczech Zachodnich, z tym że bronią jej tylko siły krajów bałtyckich i Polski, a także niewielka liczba tymczasowo stacjonujących żołnierzy NATO. Jeśli Kreml postanowi najechać na kraje nadbałtyckie i postawić NATO przed faktem dokonanym, najprawdopodobniej będzie w stanie zrobić to zanim, na przykład, ciężkie siły zbrojne USA będą w stanie dojechać tam chociażby z Grafenwoehr położonego niedaleko niemieckiej granicy z Czechami.

Liczba amerykańskich żołnierzy w Niemczech zmniejszyła się z prawie 250 tysięcy w 1985 r. do 35 tysięcy w 2017, ale ich obecność wciąż jest dla Niemiec dużym kosztem. Od 2008 roku wymagała 521 milionów euro bezpośrednich wydatków z budżetu. To jednak tylko ułamek całkowitych kosztów – na przykład w 2009 roku bezpośrednie wydatki budżetowe Niemiec na obronność związaną z bazami USA wyniosła zaledwie 41,3 mln euro, ale według obliczeń Rand całkowity koszt, w który wliczają się koszty budowy, wynajmu i świadczeń dla byłych pracowników baz, wyniósł 598 mln euro. Koszty te były w pewnym stopniu niwelowane poprzez korzyści ekonomiczne dla obszarów otaczających bazy, ale w Niemczech istnieje obecnie poważny niedobór mieszkań, a bazy te można by zamienić na nieruchomości mieszkalne.

Umieszczenie amerykańskich żołnierzy w Polsce miałoby sens strategiczny. Ministerstwo Obrony przekonuje, że pomogłoby to NATO bronić przesmyku suwalskiego – wąskiego, bardzo narażonego na atak terenu pomiędzy Obwodem Kaliningradzkim a Białorusią, na granicy Polski z Litwą.

Reklama

Bazy militarne USA w innych krajach nie są dziś szczególnie użyteczne. Dowolny większy konflikt w Europie czy na Bliskim Wschodzie i tak wymagałby przemieszczenia żołnierzy z USA, co zajęłoby prawie tyle samo czasu, co przemieszczenie ich z baz w Niemczech. Ale niektórzy sojusznicy USA, tacy jak Polska czy kraje nadbałtyckie, pożądają amerykańskiej obecności na ich terenie, żeby zyskać poczucie bezpieczeństwa. Kraje te z chęcią poniosą w związku z tym dodatkowe koszty: Polska i Estonia już teraz wydają ponad 2 proc. PKB na obronność, a Łotwa i Litwa są bliżej Rosji niż Niemiec. Żadne z tych państw raczej nie zrobi niczego, co mogłoby stworzyć dla USA ryzyko niepożądanego zaangażowania w konflikt – z całą pewnością nie zaatakują one Rosji jako pierwsze ani nie sprowokują jej do ataku, ponieważ z pomocą amerykańskich żołnierzy czy bez, konflikt oznaczałby dla nich ogromne straty.

Są też jednak argumenty przeciwko przenosinom. Rosja nie ma nic do zyskania na ataku zbrojnym na kraje bałtyckie czy Polskę. Jakiekolwiek korzyści z próby podbicia krajów z ubogimi zasobami naturalnymi i wrogą ludnością bledną w świetle ryzyka bezpośredniego konfliktu z NATO, nawet jeśli zaangażowanie się sojuszu nie jest stuprocentowo pewne. Poza tym Kreml głośno sprzeciwiłby się przeniesieniu baz USA z Niemiec do Polski, ogłaszając to kolejnym naruszeniem obietnic Zachodu w kwestii nieposzerzania NATO do granicy z Rosją.

Rosja nie mogłaby jednak nic w tej sytuacji zrobić. Zaakceptowała już tymczasowe rozmieszczenie sił NATO w Polsce i krajach bałtyckich. USA przyjmując hojną propozycję Polski i stopniowo przenosząc tam żołnierzy z Niemiec nic by więc nie ryzykowały. Taki krok byłby też zgodny z celami, o jakich mówią Stany, takimi jak odstraszanie Rosji. Umożliwiłoby też USA wspieranie sojusznika, który chce mieć z nimi bliższe relacje wojskowe.

Zmusiłoby to też Niemcy do lepszego przemyślenia swojej pozycji. Czy będą miały poczucie braku ochrony, jeśli obecność USA zostanie ograniczona? Czy być może zachęci je do polepszenia własnej obronności? A może pozostaną w przekonaniu, że nikt nie ma zamiaru ich atakować?

USA powinny dawać ochronę krajom, które najbardziej jej chcą i redukować zaangażowanie w krajach, które odniosły korzyści w połowie XX wieku. Obecność amerykańskiego wojska powinna być zgodna z poczuciem zagrożenia sojuszników. Lęk ten jest tym silniejszy, im bliżej Rosji leży dany kraj. Ignorowanie tego faktu jest nieuzasadnione politycznie oraz militarnie.

>>> Polecamy: USA na kursie kolizyjnym z Zachodem. Brytyjski minister atakuje politykę Trumpa