Sto kilo.
Nie, chcę zrzucić sto kilogramów. Co tu gadać, muszę stracić kwintal wagi, jak tucznik. Uwierz mi, nie jest łatwo mówić takie rzeczy, ale takie są realia.
Tak, choć to nie wydarzy się w pół roku ani nawet w rok. To cel mniej więcej na dwa lata.
Muszę mieć dystans i do świata, i do siebie, zwłaszcza teraz. Bo co innego mam zrobić? Siąść i rozpaczać?
Niejeden raz miałem wszystkiego dosyć.
Chyba nie, bo przecież normalnie pracowałem, jakoś funkcjonowałem, więc tak bym tego nie nazwał. To na pewno nie była taka depresja jak w książkach, nie odcinało mi zasilania i nie zamykałem się w pokoju.
>>> Czytaj też: Semka: Jeśli przyjdzie PO, to będzie czyściło PiS do podłogi [WYWIAD]
Ogarniał mnie coraz większy wstyd, chowałem się w sobie.
Ale nie miałem ochoty do nich wychodzić.
Ze wstydu właśnie. Nie chciałem się pokazywać. Co, znowu założę tę samą koszulę, bo ją ostatnio kupiłem, a ona już jest przymała?
Szykowałem się na wesele znajomych i trzeba było się ubrać. Garnitury mam takie, że zmieściłoby się tam pół dzisiejszego mnie, odpadają. No, ale jest marynarka, którą niedawno kupiłem. Wziąłem tę największą, próbuję i nie bardzo się mieszczę, a przecież na takim weselu wszyscy mnie rozpoznają, patrzą jak jestem ubrany. Czułem się z tym fatalnie, łapałem doła.
Bo to byli moi przyjaciele. Na weselu wszyscy mnie rozpoznawali i na początku było miło, ale po kilku kielonkach jakiś odważniejszy wujek mówił mi: „Ależ pan jest wielki!”, a po kolejnych kilku już walił prosto z mostu: „Ale się spasłeś”.
>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.
