To ten pan komisarz i wiceprzewodniczący KE, który zajmował się m.in. przestrzeganiem praworządności w państwach członkowskich. Co oczywiste, trudno było mu zaakceptować swobodę legislacyjną i odbijanie konstytucyjnych organów wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Stał się więc wrogiem numer jeden dla PiS i cała para naszej delegacji na szczycie unijnych przywódców poszła w to, żeby Timmermans nie został pierwszym wśród komisarzy. Udało się, a sukces jest tak powalający, że pan Frans nadal będzie wiceprzewodniczącym KE. I dalej będzie szukał metod, jak przywrócić praworządność nad Wisłą.

Jeśli wciąż mają państwo w idyllicznym wspomnieniu ośmioletnie rządy Platformy Obywatelskiej, to zapewne dostrzegacie kompromitację premiera i całej dobrozmianowej ekipy, która wykazała się małostkowością na brukselskich salonach i z czystej zemsty zablokowała Timmermansa. A więc stawiła opór Angeli Merkel i Emmanuelowi Macronowi, którzy uzgodnili tę kandydaturę, a jak wiadomo, powinni to być nasi najlepsi przyjaciele w Unii Europejskiej. Przyjaciołom zaś się wiele wybacza, a nawet przychyla do ich pomysłów i ustępuje im. No więc prawdziwy sukces to Ewa Kopacz na stanowisku wiceprzewodniczącej Parlamentu Europejskiego. Będzie jedną z 14 osób, które zostały wybrane na tę funkcję i przejdzie do historii m.in. razem z Ryszardem Czarneckim. Generalnie to za PO naszym w UE było lepiej. Jerzy Buzek przewodniczył całemu PE, a w ogóle to Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej i PiS musiałby jeszcze raz powstać, żeby jego członkowie mogli się chwalić takimi zaszczytami.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP