Porada od znajomych i rodziny w 1999 r: „Nie wsiadaj do samochodu nieznajomego i nie spotykaj się z ludźmi z internetu”. Porada dziś: „Napisz w internecie do nieznajomego, żeby odwiózł cię do domu swoim samochodem”.

W ciągu kilku lat aplikacje mobilne diametralnie zmieniły nasze podejście do bezpieczeństwa usług. Powszechnie korzystamy dziś z parataksówek (takich jak Uber czy Bolt), randkujemy w ciemno z osobami, które nie są znajomymi naszych znajomych (Tinder, Badoo), podróżujemy po świecie, nocując u obcych ludzi (Airbnb, Couchsurfing), a nawet jadamy kolacje u nieznajomych (Eataway, Eatwith).

Czy to bezpieczne? Popularność aplikacji mobilnych nie słabnie mimo kolejnych doniesień o niebezpiecznych zajściach prowokowanych przez parataksówkarzy czy podejrzanych randkowiczów. Na przykład śledztwo dziennikarzy CNN wykazało, że w latach 2015–2018 co najmniej 103 kierowców Ubera zostało formalnie oskarżonych o napaść seksualną lub inne nadużycia wobec pasażerów. Spożywanie kolacji przygotowywanych u nieznanych nam osób również może być bardzo ryzykowne. Nigdy przecież nie wiadomo, czy właściciel mieszkania umył ręce, czy kupił świeże produkty i czy nie podał posiłku, którego składniki wywołują u jego gości alergię i śmiertelny wstrząs anafilaktyczny. Na pytanie, czy można spodziewać się kontroli u osób oferujących takie usługi, usłyszeliśmy od przedstawiciela Głównego Inspektoratu Sanitarnego, że na razie nie, bo nikt jeszcze nie ucierpiał. Mówiąc wprost: potrzeba tragedii, aby urząd zareagował.

Zresztą zaufanie do usług nieprofesjonalistów wcale nie ogranicza się do aktywności, gdzie pośrednikiem jest platforma internetowa. Jeszcze do niedawna wielką popularnością cieszyły się pokoje zagadek (escape roomy), często aranżowane przez grupy znajomych w opuszczonej piwnicy (co miało dodać klimatu i pomóc poczuć się jak za dziecięcych lat). Nikt nie interesował się szczególnie kwestią bezpieczeństwa takich biznesów. Aż do stycznia 2019 r., kiedy pięć nastolatek zginęło w pożarze w jednym z koszalińskich escape roomów. Podniosła się wtedy wrzawa: „Gdzie były kontrole?”; „Co zrobiło państwo, by pokoje zagadek były bezpieczne?”. Nie pomogły tłumaczenia rządu, że tego typu biznesy już wcześniej miały prawny obowiązek dbania o bezpieczeństwo przeciwpożarowe. Presja medialna wymusiła na politykach przyjęcie pisanego na szybko rozporządzenia, które narzuciło pokojom zagadek obowiązek okresowego sprawdzania możliwości skutecznej ewakuacji i zabezpieczeń. Escape roomy masowo dotknęły też kontrole urzędnicze, w wyniku których surowo oceniono wiele elementów. Efekt? Liczba działających pokojów zagadek zmniejszyła się o blisko połowę.

Treść całego artykułu można znaleźć w piątkowym wydaniu DGP albo tutaj.

>>> Polecamy: Generacja C, czyli pokolenie podłączonych. To nie data urodzenia definiuje dzisiejszych pracowników