Piotr Mielus / Media

Wiceprezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu powołuje się na pana pracę dla jednego z pism naukowych pisząc w swoim felietonie, że „praktycznie wszystkie kredyty – zarówno te indeksowane jak i denominowane ‘finansowane’ były instrumentami pochodnymi, które oznaczały ni mniej ni więcej tylko tzw. krótką sprzedaż franków. W sposób oczywisty taka konstrukcja musiała doprowadzić do gigantycznych strat wynikających z transakcji fx swap, które banki przerzucały na nieświadomego ‘kuchni finansowej’ klienta”. Czy faktycznie musiała doprowadzić do strat?

To, co obserwowaliśmy, to nie była krótka sprzedaż. Ale zacznijmy od początku. W związku z kredytami frankowymi pojawiają się dwie „pozycje”: walutowa i płynności. Walutowa – tylko dlatego, że w rzeczywistości klientowi nie były wypłacane franki. Gdyby klient dostał te franki i kupił mieszkanie za franki – pozycji walutowej by nie było. Ona pojawia się wtedy, gdy bank wypłaca złote.

Jeśli chodzi o mój tekst, kluczowa była kwestia ryzyka płynności. Żeby udzielić kredytu frankowego, bank musi pożyczyć franki. Bo działa zawsze na „zamkniętej pozycji”. Czyli aktywa i pasywa mogą być na różny termin, mieć różny poziom ryzyka, ale saldo bilansu po stronie aktywów i pasywów musi być zawsze takie samo.

Ale te aktywa nie musiały być sfinansowane swapami.

Reklama

20 lat temu – gdy na rynkach finansowych jeszcze wszyscy sobie ufali - bank rzeczywiście mógł wyemitować obligacje, czyli pożyczyć w walucie obcej. Tyle że wyemitowanie obligacji jest bardziej kosztowne (a po upadku Lehman Brothers stało się właściwie niemożliwe). Więc polski bank szuka innego sposobu: dostępnego i taniego. I sięga po swapy.

Czyli finansuje kredyty instrumentami pochodnymi.

Ten mityczny swap to z jednej strony jest rzeczywiście instrument pochodny: ma część pozabilansową, generuje ryzyko przedrozliczeniowe takie, jak instrument pochodny i jest podobnie wyceniany. Ale ekonomicznie fx swap to nic innego, jak połączenie pożyczki z lokatą. A więc znaczy to samo, co wyemitowana obligacja czy przyjęty depozyt.

Powiedział pan: sposób dostępny i tani. Czy tak było faktycznie?

Generalnie tak. Tani dlatego, że to pożyczka zabezpieczona.

Czym?

Inną walutą. Nasz bank oddaje kontrahentowi jako zabezpieczenie złote. Gdyby teoretycznie polski bank upadł, to kontrahent – zwykle bank londyński – tak naprawdę nie straciłby swoich franków. Ryzyko dotyczy tylko zmiany wyceny, a nie nominału. Czyli nie 100 proc. wartości transakcji, a kilku procent.

>>> Czytaj też: Frankowa telenowela. W najnowszym sezonie banki słabną, stroną dominującą stają się frankowicze [OPINIA]

A skąd dostępność?

Dlatego, że fx swapy są mega płynne. To produkt finansowy, na którym są największe obroty na naszym rynku. Za nim są transakcje fx spot, czyli zwykła wymiana walut. Jeszcze dalej obroty obligacjami skarbowymi. Daleko za nimi akcje na naszej giełdzie – przy czym w porównaniu z fx swapami to jest proporcja jak 1 do 20. Dlaczego rynek swapów jest największy? Bo tu obie strony są zainteresowane transakcją. Fx swap to instrument płynnościowy, a zwłaszcza po kryzysie płynność jest najważniejsza. I ten instrument wykorzystują wszyscy na całym świecie.

Innych tanich i bezpiecznych instrumentów niż swapy nie było?

W grę mogłoby wchodzić jeszcze repo, czyli pożyczki zabezpieczone papierami wartościowymi. Ale to u nas nigdy nie był płynny instrument. Poza tym, żeby w ten sposób zdobyć franki, polskie banki musiałyby mieć zabezpieczenie w postaci np. obligacji we frankach.

Obligacji złotowych nie można było wykorzystać?

Teoretycznie tak. Ale ekonomiczne to byłaby transakcja bliska swapowi, bo ryzyko walutowe zawsze jest większe niż ryzyko zmiany cen obligacji. W efekcie nastąpiłoby skomplikowanie fx swapa, a nie ułatwienie pozyskania środków na kredyty.

Mówił pan, że obie strony są zainteresowane transakcjami fx swap. Dlaczego?

Polski bank musi pokryć frankami pozycję płynności związaną z kredytem walutowym. A równocześnie nie ma problemu z oddaniem złotych, bo u nas w sektorze od lat panuje nadpłynność. Bank londyński też jest zadowolony, bo może pożyczyć złote, za które kupi np. polskie papiery skarbowe czy akcje. To chyba dobrze?

Gdyby inwestowali nie za pożyczone, tylko kupowali na rynku, byłoby większe zainteresowanie złotym i jego kurs byłby wyżej. Problemy frankowiczów byłyby mniejsze.

Ale gdyby nierezydent zainwestował w polskie obligacje czy akcje złote kupione na rynku, wziąłby na siebie ryzyko walutowe. Mimo wszystko Polska jest tzw. rynkiem wschodzącym z niezerowym ryzykiem kryzysu walutowego. Inwestor pamięta Rosję, pamięta Argentynę. Jeśli ma do wyboru transakcję za środki pożyczone czy kupione, wybiera to pierwsze, żeby nie przejmować się ryzykiem walutowym.

Poza tym, gdybyśmy mieli napływ kapitału generujący umocnienie złotego, to pojawiłyby się inne problemy, np. związane z nierentownością eksportu. Być może NBP musiałby wrócić do interwencji walutowych, jak w latach 90. Inaczej mówiąc, gdyby „Londyn” kupował polskie złote, mielibyśmy na naszym rynku walutowym ryzyko „odwinięcia sprężyny” i gwałtownego spadku kursu w chwili pogorszenia sentymentu.

A tak, złoty jest dość słaby. To problem zwłaszcza z punktu widzenia spłacających kredyty we frankach.

Problem mają obie strony: i klienci, i banki. Tylko, że on jest nierównomiernie rozłożony. Nierównomiernie – bo model był od początku taki, że ryzyko jest głównie po stronie klienta. Banki ponoszą ryzyko kredytowe – że klient przestanie spłacać, a także ryzyko płynności – kredyty na 30 lat były finansowane krótkoterminowym pieniądzem. Banki od zawsze uzasadniają, że właśnie ze względu na te ryzyka powinny mieć wynagrodzenie np. w postaci spreadów. Ale ich ryzyko jest niewspółmierne z ryzykiem klienta: walutowym, ale i stopy procentowej.

Ale celem wyższym było to, żeby w ogóle umożliwić klientowi zakup nieruchomości. Wtedy to była najtańsza i najbardziej efektywna metoda. Bankowcy od początku byli świadomi, gdzie jest ryzyko. Nie przewidzieli tylko tego, że rynek w 2008 r. zupełnie się zmieni. Inna sprawa, że horyzont myślenia zarządu banku to jest koniec jego kadencji. Krótkoterminowość celów zawsze jest problemem. Nie tylko w bankach. Tak samo przecież jest w polityce.

Wróćmy do swapów. Czy w ich ramach polskie banki dokonywały krótkiej sprzedaży franka? Inaczej mówiąc – czy spekulowały na walucie?

Krótka sprzedaż miałaby miejsce wówczas, gdyby się lewarowały. Żadnej spekulacji nie było, a bank miał zawsze zamkniętą pozycję walutową. Być może przekonanie o tej spekulacji wzięło się z tego, że cena przewalutowania była postrzegana jako nierynkowa – tak dotykamy dyskusji o spreadach. Podkreślam jednak, że sam sposób finansowania kredytów swapami nie miał żadnego wpływu na koszt finansowania dla klienta. Co więcej – one obniżały koszt kredytów. Jak mówiłem swapy zapewniały tańsze finansowanie niż emisja obligacji. Tu jest jeszcze jeden ważny z punktu widzenia kredytobiorców element: u nas co do zasady kredyty miały stałą marżę i jeśli LIBOR szedł w dół, to oprocentowanie kredytu też się obniżało. A np. na Węgrzech bank mógł zmienić marżę, kiedy chciał. Czyli mógł zmienić jednostronnie oprocentowanie kredytu. Frankowicze powinni więc dostrzec przynajmniej jeden uczciwy element kredytów w naszych bankach – stałość marży.

>>> Czytaj też: Banki wystawiły PIT-11 frankowiczom. Część zeznań rocznych do korekty

Spekulacji nie było. A w którym momencie pojawia się transfer środków za granicę?

W żadnym. Oddajemy złote, ale otrzymujemy franki, więc bilans wychodzi na zero. Nieprawdą jest, że robiąc fx swapy, transferujemy jakieś środki. To mit. On być może wziął z tego, jak zmieniły się warunki takich transakcji w czasie kryzysu. Przed upadkiem Lehman Brothers polskie banki były w stanie pozyskiwać franki po stawce, powiedzmy, LIBOR plus 5 punktów bazowych (setnych procent – red.). Klientom pożyczały po stawce LIBOR plus 100 punktów. 95 punktów bazowych to było wynagrodzenie za ryzyko kredytowe i płynności – o których już wspominałem.

Jak to wyglądało po kryzysie?

Po upadku Lehman Brothers poziom zaufania na rynkach finansowych drastycznie spadł. A polskie banki w pewnym sensie były na straconej pozycji, bo ciągle musiały pożyczać franki. Swapy to przecież transakcje krótkoterminowe. Banki z Londynu mówiły: „ok, możecie pożyczyć, ale już nie po 5 punktów bazowych, tylko po 300”. Londyn mógł pożyczyć, ale nie musiał tego robić. Był w komfortowej sytuacji. Mógł wchodzić na nasz rynek, kiedy było tanio i wychodzić, kiedy było drogo. W efekcie w latach 2008-2015 polskie banki traciły na swapach duże pieniądze.

Jak jest po 2015 r.?

Teraz polskie banki pożyczają franki nawet po minus 20 punktów bazowych.

Dlaczego tak tanio?

Dlatego, że w Europie zaczęła się era ujemnych stóp procentowych i programów ilościowego luzowania polityki pieniężnej. Banki w Londynie dostrzegły, że chociaż wszędzie w Europie Zachodniej oprocentowanie jest ujemne, to u nas jest ciągle na plusie. Polskie aktywa nie tylko mają dodatnie oprocentowanie, ale jednocześnie są bezpieczne. To dodatnie oprocentowanie na polskich obligacjach to dla Londynu po prostu skarb. Z drugiej strony polskie banki już tak bardzo nie muszą pożyczać franków. Portfele są mniejsze, banki wiedzą też, że w dłuższej perspektywie franki nie będą im potrzebne. Popyt spadł, stąd te ujemne marże na swapach.

Rozmawialiśmy o swapach. A CIRS-y?

Różnica jest tylko taka, że fx swapy to transakcje zawierane na rok lub krócej. CIRS-y to dłuższe transakcje. Ekonomicznie to jest to samo. Inna nazwa wynika z nieco innej konstrukcji instrumentu.

>>> Czytaj też: To miała być tylko przejściowa terapia. Ujemne stopy procentowe od pięciu lat bolą Szwajcarów

*Piotr Mielus – profesor Szkoły Głównej Handlowej, prezes Instytutu Rynku Pieniężnego. Współtwórca polskiego rynku instrumentów pochodnych, aktywny na rynku finansowym od 1996 roku. W Polskim Banku Rozwoju jako analityk rynku, dealer walutowy, następnie w BRE Banku jako animator rynku opcji walutowych a później jako wicedyrektor Departamentu Rynków Finansowych. W latach 2001-2008 w Banku BPH jako zarządzający portfelem handlowym na rynku nieregulowanym i jako dyrektor Obszaru Rynków i Instytucji Finansowych. W latach 2009-2012 dyrektor Departamentu Instytucji Finansowych w PKO Banku Polskim.