Gorący koniec marca 

Forsal.pl ostrzegał już w grudniu ubiegłego roku o grożącym klientom ryzyku żądania przez banki dodatkowych zabezpieczeń, gdy wartość nieruchomości spadnie w stosunku do wartości kredytu. Minęły zaledwie trzy miesiące i mleko się rozlało.

Frank szwajcarski, jeszcze niedawno ulubiona waluta kredytu hipotecznego, wzrósł do poziomów uważanych rok temu za mało realne. I jak wcześniej 100 tysięcy CHF to było około 200 tysięcy złotych, to nagle kwota kredytu w złotych zrobiła się o pięćdziesiąt procent większa. 

Banki nigdy nie proponowały klientom indywidualnym możliwości zabezpieczania się opcjami walutowymi przed zmianą kursu złotego, bo dla tych klientów była to operacja zbyt droga. Chociaż po sprawie z opcjami dla firm – może to i dobrze? W każdym razie efekt był taki, że część banków najpierw namówiła klientów do większego kredytu na większą nieruchomość, albo na większą kwotę, grając na dalszy wzrost cen nieruchomości. 

Także już w czasie, kiedy w USA zaczynał się kryzys kredytowy i można było się spodziewać, że rozleje się on po całym świecie. 

No i banki zaczęły żądać…

A potem – zażądała dodatkowych zabezpieczeń. Wszystko zgodnie z prawem bankowym i warunkami umów.

Polbank niektórym klientom złożył propozycję nie do odrzucenia – podwyżkę marży. PKO BP monitoruje klientów, których kredyt przekracza 130 proc. wartości nieruchomości i sugeruje dodatkowe zabezpieczenia. Bank Millennium – zaproponował przedłużenie ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. BRE Bank stwierdził, że można wykorzystać zapis umów pozwalający na zmianę warunków umowy kredytowej. 

Gazety cytowały ekspertów, którzy szacowali liczbę klientów zagrożonych zmianami umów nawet na 100 – 200 tysięcy. O Dombanku sami bankowcy mówili, że po prostu zwiększa spread, nieregulowany w umowie. Klienci mogli w prasie przeczytać, że jeśli odrzucą łagodne propozycje banku, to pojawi się u nich komornik lub znacznie mniej łagodna firma windykacyjna.

Bankowcy tłumaczyli, że ich działania są w interesie klientów. Chodziło o deponentów, bo to przecież lokaty są podstawą udzielania kredytów. Chociaż, co sami przyznawali niewiele wcześniej, kredyty mieszkaniowe są najlepiej spłacanymi kredytami. 

Z tego na przykład powodu, że w razie kłopotów polską cechą jest to, że cała rodzina zrzuci się na spłatę kredytu hipotecznego, byle tylko problemy nie stały się większe. Jednak rok temu w pełni szaleństwa kredytowego nie zakładali, że kurs złotego może się odwrócić i pojawią się problemy z ochroną interesów deponentów.

Do gry włączył się nadzór

Po trwającej kilka dni burzy w prasie, w sprawę włączyła się Komisja Nadzoru Finansowego. Ta sama, na której wcześniejsze zalecenia (jak rekomendacja S, ograniczająca dostęp do kredytów walutowych) powoływały się banki. 

25 marca KNF wydała komunikat, w którym stwierdza wprost – obecna sytuacja na rynku nie może być wykorzystywana przez banki „do zwiększania rentowności portfela kredytowego kosztem klientów, np. poprzez podwyższanie marż albo rozszerzanie spreadów walutowych”. 

Komisja pouczyła banki, że jeśli wartość zabezpieczenia spada, to nie oznacza to, iż spadła zdolność kredytowa klienta, więc każdy przypadek musi być rozpatrywany indywidualnie. 

Przypomniała, że to właśnie większe obciążenia klienta ratą kredytu może zaszkodzić dobrej spłacie kredytu. I zagrzmiała – strony umowy kredytowej są równe i wykorzystywanie pozycji silniejszego jest niewłaściwe. Zaś bankom zbyt skłonnym do szukania dodatkowego zarobku na portfelu kredytowym Komisja wypomniała, że ich działania mogą świadczyć o tym, że zarządzanie ryzykiem mogło być po prostu złe, więc nadzór „będzie się bacznie przyglądał bieżącej praktyce kredytowej banków”. 

Przypomniał też wcześniejsze ostrzeżenia – banki o podwyższonym profilu ryzyka mogą zostać zobowiązane do podniesienia kapitału na ryzyko kredytowe. 

I zagrzmiał UOKiK

Następnego dnia po twardym stanowisku KNF równie ostro wystąpił Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK stwierdził, że trzeba przyjrzeć się warunkom umów, w których bank zbyt ogólnie określił przesłanki pozwalające na zmianę oprocentowania kredytu hipotecznego. 

Sprawa przeciw BRE Bankowi, na który skarżyli się klienci trafiła już do sądu. Jeśli sąd uzna, że bank naruszył kodeks cywilny, to żaden inny bank nie będzie mógł stosować zakwestionowanych postanowień umowy. Trafią one do rejestru klauzul zakazanych. Obecnie, jak poinformował UOKiK, w rejestrze zawierającym ponad 1500 niedozwolonych klauzul - 92 dotyczy usług finansowych.

BRE Bank w opinii UOKiK zawinił nie tylko nieprecyzyjnymi sformułowaniami w sprawie okoliczności dających bankowi prawo do zmiany stopy procentowej kredytu. „Zdaniem Prezes Urzędu zmiana oprocentowania powinna zależeć od przesłanek obiektywnych, a nie od subiektywnej decyzji banku” – podkreślił UOKiK w komunikacie.
Drugą klauzulą budzącą wątpliwości Urzędu stał się zapis umowy, w którym bank zobowiązuje kredytobiorcę do powiadamiania o wszelkich okolicznościach mogących mieć wpływ na jego sytuację finansową, w szczególności o obniżeniu dochodów mogących mieć wpływ na terminową spłatę kredytu.

„Zdaniem Urzędu okoliczności te mogą być rozumiane bardzo szeroko, co z kolei umożliwia ich dowolną interpretację przez bank. W konsekwencji może on w każdym momencie stwierdzić, że konsument nie wykonał obowiązku poinformowania o dokonaniu dowolnego zakupu bądź zaciągnięciu zobowiązania, nawet gdyby faktycznie nie wpływały one na zdolność do spłaty zaciągniętego przez konsumenta kredytu”. 

UOKiK zajął się też sygnałami o naciskach na klientów w sprawie renegocjowania umów kredytowych. I zwrócił uwagę, że prawo daje możliwość zmiany umowy, choć okoliczności tych zmian powinny być określone właśnie w umowie podstawowej. 

Ale – zaznaczył UOKiK, „niedopuszczalne są praktyki polegające na zastraszaniu lub wywieraniu presji na kredytobiorcach”. Prezes UOKiK Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel mówiła, że Urząd przygotowuje pozwy także w sprawie zabezpieczeń.

Jak powiedziano Forsal.pl w biurze prasowym Urzędu, pozwy jeszcze nie trafiły do sądu, może jednak do tego dojść przed Wielkanocą. 

No i banki spuściły z tonu

Minęło kolejnych pięć dni, w tym weekend i Polbank EFG, który w całej sprawie znalazł się na cenzurowanym, poinformował, że zawiesił z klientami rozmowy o zmianach warunków kredytowych i poprosił KNF o wykładnię obowiązujących przepisów. Bank dodał, że potencjalne negocjacje dotyczyły około 1000 osób.
Polbank co prawda chwalił się w komunikacie, że jakość portfela kredytowego Polbanku jest „świetna”: udział kredytów mieszkaniowych zagrożonych w portfelu polskich banków to na koniec 3 kwartału ubiegłego roku 1 proc., a w Polbanku – tylko 0,1 proc. Zagadką pozostaje więc gwałtowny rzut na taśmę Polbanku w starciu z polskimi klientami. 

Polbank miał o tyle ciekawą sytuację, że jest oddziałem greckiego Eurobank EFG, więc nie podlega nadzorowi polskiemu, tylko greckiemu. Nie musiał więc prosić KNF o interpretację przepisów.

Jak nieoficjalnie powiedziano Forsal.pl, KNF krytycznie przygląda się wybiórczemu powoływaniu się na polskie regulacje przez bank, który im nie podlega. W dodatku pismo, o którym mówi Polbank – jakoś do Komisji jeszcze nie trafiło.

Ale KNF i tak – o czym Komisja informowała – porozumiał się z macierzystym nadzorem Polbanku, więc być może coś z tego wynikło. 

Po Polbanku zmiękł ING Bank Śląski

Po czym nadszedł początek kwietnia i zarząd ING Banku Śląskiego podjął decyzję o czasowym wprowadzeniu preferencyjnego kursu spłaty rat kredytów hipotecznych indeksowanych kursem franka szwajcarskiego udzielonych w 2008 roku. 

Ten kurs preferencyjny to kurs średni z tabeli ING. Bank obecnie nie udziela kredytów we frankach, a kredyty walutowe stanowią 28 proc. całego portfela kredytowego.
„Biorąc pod uwagę trudne uwarunkowania rynkowe podjęliśmy decyzję o rezygnacji z części spreadu walutowego do końca 2009 roku i zastosowaniu preferencyjnego kursu spłaty w przypadku produktów indeksowanych kursem CHF. Do spłaty stosowany będzie kurs średni tabeli kursowej ING” - powiedział cytowany w komunikacie Piotr Utrata, rzecznik prasowy ING Banku Śląskiego.

Bankowcy podłożyli się na całej linii

Polskie banki są od dawna na cenzurowanym. Jeszcze nie przebrzmiała sprawa opcji walutowych, za którą w końcu wzięli się politycy i już pojawił się następny śliski temat: kredyty. Politycy zabrali się także za ten temat. Jak podała czwartkowa „Rzeczpospolita”, to znów politycy PSL. Przymierzają się do ustawowego wprowadzenia zakazu podnoszenia przez banki marż w kredytach hipotecznych. W dodatku jeśli kredytobiorca nie zalega ze spłatami, politycy chcą uniemożliwić bankom żądanie dodatkowych zabezpieczeń. 

Mają pole do popisu. Trochę wspomógł polityków przewodniczący KNF Stanisław Kluza, który odpowiadając w czwartek na pytania posłów w Sejmie powiedział wprost: "gospodarka rozwija się cyklicznie i było jasne, że w takich długich okresach kredytowania sytuacja może się zmieniać”. 

"Należy rozdzielać zwiększenie zabezpieczenia udzielonego kredytu, od podnoszenia rentowności banków, kosztem klientów" - mówił Kluza, według relacji PAP W tym drugim przypadku, banki muszą liczyć się ze zdecydowaną reakcją nadzoru bankowego - zaznaczył. 

KNF przygotowuje rekomendacje dla banków dotyczące zarządzania ryzykiem kredytowym.