W „Raporcie o globalnej stabilności finansowej” MFW stwierdza, że spadek wartości nie dotyczy tylko tzw. toksycznych aktywów (czyli m.in. papierów wartościowych, bazujących na ryzykownych kredytach hipotecznych), które stały się przyczyną kryzysu, ale wielu pożyczek udzielonych przez instytucje finansowe. Ogólna kwota aktywów, jakie będą musiały spisać na straty te instytucje w USA, może sięgnąć 2,7 bln dol.; to więcej, niż MFW przewidywał w styczniu (2,2 bln) i prawie dwa razy, ile wynosiła jego prognoza z października zeszłego roku. Jeśli dodać straty w Japonii i w Europie, ogólna ich kwota może być bliska 4,1 bln dol. Dwie trzecie tych strat poniosą banki, reszta rozłoży się na firmy ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne i arbitrażowe oraz inne instytucje. MFW uważa, że podejmowane dotychczas wysiłki w celu oczyszczenia bilansów banków ze „złych” aktywów były „fragmentaryczne i dotyczące bieżących zagrożeń”, dlatego apeluje on do rządów o podjęcie bardziej zdecydowanych działań. „Występujący obecnie brak możliwości przyciągnięcia prywatnych pieniędzy sugeruje, iż kryzys pogłębił się do poziomu, na którym konieczne jest podjęcie przez rządy śmielszych kroków; rządy nie powinny się wahać przed zasileniem kapitałowym tych instytucji w formie obejmowania ich akcji - także jeśli miałoby to oznaczać przejęcie w nich udziału większościowego, a nawet całkowitej kontroli” - stwierdza MFW.

Jose Vilanls, dyrektor departamentu rynków pieniężnych i kapitałowych w Funduszu, twierdzi, że choć są pierwsze oznaki wskazujące na możliwość powrotu zaufania, to po to, by je utrzymać i wzmocnić, potrzebne są właśnie zdecydowane działania ze strony rządów. Raport MFW zapewne znów wywoła zdenerwowanie wśród inwestorów, choć przedstawione w nim prognozy strat są mniejsze niż przewidywania niektórych ekonomistów z sektora prywatnego. W ostatni poniedziałek dilerów wystraszyły także wiadomości o przestępstwach, dotyczących pożyczek konsumpcyjnych i dla przedsiębiorstw w Bank of America; uruchomiło to wyprzedaż akcji na giełdzie. Banki amerykańskie uwzględniły już w swoich bilansach około połowy przewidywanych strat, natomiast banki europejskie - szczególnie zagrożone ze względu na swoje zaangażowanie w krajach Europy Środkowo-Wschodniej - zrobiły to dotychczas jedynie w odniesieniu do piątej części przewidywanych strat. Jonathan Loynes, główny ekonomista w Capital Economics, uważa, że odzwierciedla to różnicę w przebiegu kryzysu. - Ujawnienie się problemów w Europie trwało dłużej. Niektóre zagrożenia europejskich banków wyszły na jaw dopiero w ciągu ostatnich trzech czy sześciu miesięcy.

W tym właśnie okresie nastąpiło drastyczne pogorszenie perspektyw europejskich krajów wschodzących - mówi. Według wyliczeń MFW, gdyby banki amerykańskie i europejskie dokonały natychmiastowego spisania na straty wszystkich zagrożonych aktywów, oznaczałoby to - w ujęciu ogólnym - równoczesne zniknięcie całego ich kapitału akcyjnego. Te właśnie wyliczenia sprawiają, że kwestia zasilenia kapitałowego wielu banków oraz innych instytucji staje się tak nagląca. Odbudowanie bilansów tych instytucji do stanu, jaki występował w nich przed kryzysem - co MFW definiuje jako osiągnięcie relacji wartości kapitału akcyjnego do aktywów na poziomie 4 proc. - wymagałoby zasilenia banków amerykańskich kwotą 275 mld dol. Banki w strefie euro potrzebowałyby zastrzyku kapitałowego o wartości 375 mld dol., a banki brytyjskie - 125 mld dol. Ale MFW obawia się też, że podatnicy z coraz większą niechęcią przyjmują wspieranie sektora finansowego. „Istnieje realne ryzyko, że rządy nie będą skłonne przydzielić mu środków, wystarczających do rozwiązania tego problemu” - stwierdza raport. W takim razie jedynym wyjściem będzie, jak sugeruje MFW, przekształcenie posiadanych przez rządy udziałów preferencyjnych w bankach na ich akcje zwykłe.