W Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu oraz Gdańsku istnieje ryzyko przerw w dostawach prądu – mówi Forsal.pl Stefania Kasprzyk, prezes zarządu PSE Operator.

- W ubiegłe wakacje nadwyżka mocy nad zapotrzebowaniem na prąd wynosiła czasami ledwie 4-5 proc. i aby zabezpieczyć dostawy prądu dla Warszawy, Poznania, Wrocławia i Gdańska zawieraliście interwencyjne umowy z elektrociepłowniami. W tym roku też jest tak nerwowo?

- W 2009 roku w wyniku wywołanego kryzysem spadku popytu na prąd, nadwyżka mocy nad potrzebami jest większa niż rok temu i wynosi czasem ponad 10 proc. To stosunkowo dużo i tyle powinno być. Sprzyja nam też pogoda, bo było dużo deszczu i nie było istotnych ubytków mocy spowodowanych brakiem możliwości chłodzenia elektrowni.

Poza tym spadła awaryjność elektrowni, ale, jak sądzę, dlatego, że po prostu mniej pracują. W sumie z punktu widzenia możliwości produkcyjnych bezpieczeństwo dostaw wzrosło, ale jest to w dużej mierze wynikiem zbiegu okoliczności.

- Bezpieczeństwo przesyłu też wzrosło?

- Gdy jest bardzo ciepło nadal może dochodzić do przeciążeń sieci, czyli do spadku napięcia i wyłączeń. Gdy temperatura przekracza 20 stopni Celsjusza w dużych aglomeracjach miejskich popyt na prąd jest podobny jak rok temu.

Dlatego właśnie w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu oraz Gdańsku nadal istnieje ryzyko przerw w dostawach prądu. Awaria z początku lipca tego roku pokazała jak infrastruktura przesyłowa wpływa na bezpieczeństwo dostaw prądu. Wyłączenie dwóch linii uruchomiło kaskadę kolejnych wyłączeń i zachodniej Polsce zagroził brak zasilania. Na szczęście sytuacja ta zaistniała w sobotę i obciążenie linii nie było zbyt wysokie. W tygodniu zasięg awarii byłby znacznie większy.

- Jakie są przyczyny takich zdarzeń i co robicie, żeby temu zapobiegać?

- Przyczyną jest brak właściwego zasilania dużych aglomeracji miejskich. Bezpieczeństwo dostaw wymaga zasilania miast z różnych stron. Na przykład Poznań będzie bezpieczny dopiero, gdy wybudujemy sieci zasilające go od strony elektrowni Opole i Bełchatów. Żeby utrzymać właściwe napięcie w sieci i pewność zasilania w Warszawie, Wrocławiu i właśnie w Poznaniu zawarliśmy z miejscowymi elektrociepłowniami umowy na interwencyjne dostawy energii elektrycznej. Podobna sytuacja miała miejsce w ubiegłym roku,

- Jak długo jeszcze największe aglomeracje w Polsce będą zagrożone przerwami dostaw prądu?

- Linię elektroenergetyczną , która zapewniłaby bezpieczeństwo mieszkańcom Poznania, budujemy od 2001 roku. Ma 144 km długości. Do ukończenia inwestycji zostało tylko około 7 km na terenie Kórnika i Mosiny.

Niestety mieszkańcy tych gmin nie chcą się zgodzić. Najpierw w niejasnych dla nas okolicznościach ludzie dostali pozwolenia na budowę domów wzdłuż projektowanych linii. Potem okazało się, że wydawane dla nas decyzje administracyjne miały wady prawne i w końcu mieszkańcy doprowadzili do zatrzymania inwestycji.

Podobnie sytuacja wygląda w okolicach Gdańska. Bezpieczeństwo miasta zależy od połączenia sieci 220 i 440 KV. Chodzi o mniej, niż kilometr sieci, o prawo postawienia jednego słupa, ale właściciele działki, na której ma on stanąć nie godzą się na to. Dopóki nie będzie prawa umożliwiającego budowę sieci i określającego zasady odpłatności za ustanowienie służebności przesyłu inwestycje będą trwały latami lub w ogóle ich nie będzie.

- Czyli chodzi o pieniądze?

- Nie wyłącznie, ale bardzo często. Problem polega również na tym, że nie wiadomo ile powinno się płacić właścicielom nieruchomości za korzystanie z gruntów pod istniejącymi, czy planowanymi, liniami.

Nie ma tu żadnych reguł, a żądania są często nie do przyjęcia. Aby nie zatrzymać oddania do użytku bloku w elektrowni Łagisza, jednej z dwóch oddanych w Polsce do użytku w ostatnich 20 latach, za 8 km linii wyprowadzającej prąd z elektrowni zapłaciliśmy ponad 60 mln zł. Połowa tej kwoty musiała zostać przeznaczona na uzyskanie prawa do korzystania z nieruchomości.

Na dłuższą metę to jest nie do przyjęcia, bo przecież koszty użytkowania nieruchomości pod liniami będą miały wpływ na ceny energii elektrycznej.

- Ile linii musicie wybudować, żeby zapewnić bezpieczeństwo dostaw prądu ?

- Szacujemy, że musimy zbudować około 2 tys. km linii aby zapewnić bezpieczeństwo aglomeracjom, przyłączyć 8000 MW farm wiatrowych – co uważam za całkowicie realne do 2020 roku – i nowe elektrownie konwencjonalne o mocy też około 8000 MW. Tysiące kilometrów muszą też wybudować dystrybutorzy.

- Czy są szykowane zmiany w prawie niezbędne do udrożnienia inwestycji?

- Ministerstwo Gospodarki przygotowuje projekt rozporządzenia, na podstawie którego nasze najważniejsze inwestycje przenoszone byłyby do planów wojewódzkich zagospodarowania przestrzennego.

Nie rozwiąże to jednak kwestii wysokości odpłatności za służebność przesyłu i nadal nieuregulowana pozostanie sprawa korzystania z nieruchomości pod istniejącymi liniami. To oraz zasady określania wysokości roszczeń trzeba najprawdopodobniej uregulować specjalną ustawą. Bez rozwiązania tej sytuacji nie będziemy w stanie zbudować szybko żadnej linii. O potrzebie takich rozwiązań od lat rozmawiamy z kolejnymi rządami.

- Czy uzyskanie nowych mocy jest pewne? Skąd wiadomo, że inwestorzy mają plany budowy elektrowni konwencjonalnych?

- Inwestorzy złożyli wnioski o wydanie warunków przyłączenia nowych elektrowni o mocy 23 tys. MW, z czego około 15 tys. MW mają stanowić bloki, które zastąpią istniejące, a pozostałe 8 tys. MW – firmy w nowych w lokalizacjach.

Wnioski o warunki przyłączenia były składane głównie w grudniu 2008 roku, bo aby nowe elektrownie mogły dostać po 2012 roku dodatkowe uprawnienia do emisji CO2, to do końca 2008 r. proces ich budowy musiał być fizycznie zainicjowany.

Zapewne jednak nie wszystkie te zamiary zostaną zrealizowane, a na pewno nie stanie się to w planowanym terminie. Dopiero w 2011 roku będzie wiadomo, które inwestycje spełniają wymagane warunki.

- Mechanizmy rynkowe zadziałają na tyle efektywnie, że nowe elektrownie powstaną zanim padną istniejące? Czy można zmusić do budowania nowych elektrowni?

- Nie można. To, że nie mamy zintegrowanego planu rozwoju elektrowni i sieci stanowi podstawowy problem dla naszego bezpieczeństwa energetycznego.

W elektroenergetyce rynkowe sygnały w postaci wzrostu popytu pojawiają się zbyt późno, żeby udało się na czas zbudować nowe moce. Na ogół zostawianie decyzji wyłącznie inwestorom nie daje dobrych rezultatów.

Z tego powodu złożyliśmy w Ministerstwie Gospodarki i Urzędzie Regulacji Energetyki propozycję, żeby ten problem rozwiązać poprzez przetargi na moce wytwórcze. Moim zdaniem przetargi powinny ruszyć już teraz, bo wielu elektrowniom grożą wyłączenia lub wysokie kary w związku z zaostrzeniem norm emisji SO2 i NOx już po 2015 i 2017 roku.

- To znaczy, że w 2012 roku podawanym dotychczas jako najbardziej prawdopodobna data wprowadzanie ograniczeń w dostawach prądu może ciągle do tego dochodzić?

- To zależy od tego jak głęboki okaże się kryzys i kiedy się skończy. Z naszych obserwacji wynika, że w 2007 roku wzrost PKB o 1 proc. oznaczał wzrost popytu na prąd o 0,5 proc.

W pierwszym półroczu 2008 roku to już były relacje jak jeden do jednego, a maksymalny zanotowany wzrost popytu wyniósł ponad 3 proc. w skali roku i było to w 2006 roku. Na razie popyt na energię elektryczną spadł o około 5 proc., a więc jeśli nie zmniejszy się bardziej, a kryzys skończyłby się za rok, to popyt wróci do stanu sprzed kryzysu prawdopodobnie w ciągu około dwóch lat.

Rozmawiał Ireneusz Chojnacki