Dobry moment do budowania pozycji na rynkach finansowych

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
20 sierpnia 2009, 04:45
Adam Wiśniewski, ekspert ds. inwestycji, Laboratorium Analiz Finansowo-Ekonomicznych LAFE
Adam Wiśniewski, ekspert ds. inwestycji, Laboratorium Analiz Finansowo-Ekonomicznych LAFE/DGP
Znamiona poprawy zauważalne są nie tylko na rynkach finansowych, które wyprzedzają trendy w gospodarce. Widać je także na wskaźnikach sfery realnej.

Wszystko wskazuje na to, że lato 2009 r. pozytywnie odróżni się od poprzednich dwóch okresów letnich. Latem 2007 r. doszło do kryzysu płynności, który zmusił do zmasowanych akcji ratowniczych banki centralne. W lipcu 2008 r. cena baryłki ropy naftowej oscylowała wokół 150 dolarów. Chwilę później doszło do upadków banków Bearn Sterns i Lehman Brothers, które zainicjowały globalny kryzys na rynkach finansowych i w gospodarkach. Na tle tamtych wydarzeń lato 2009 r. możemy nazwać czasem powrotu nadziei. Wszystko wskazuje na to, że dno kryzysu mamy już za sobą. Nie ma lepszego momentu na budowanie pozycji z kilku powodów. Rynki i gospodarki nie odrobiły jeszcze spadków, w które wepchnął je kryzys finansowy, co znaczy, że nadal jest tanio. Jednocześnie pojawiły się pozytywne perspektywy. Dostrzegł to kapitał, który osiadł już na rynkach finansowych. Przecież wzrosty ponad poziomy recesyjne na giełdach wygenerowane zostały rosnącym popytem na ryzyko, za którym stoją konkretne pieniądze.

Znamiona poprawy zauważalne są nie tylko na rynkach finansowych (wzrosty na giełdach i umacnianie się walut rynków wschodzących), które wyprzedzają gospodarkę. Widać je także na wskaźnikach sfery realnej. Wskaźniki nastrojów (amerykański ISM, niemiecki IFO, polskie badania koniunktury prowadzone przez NBP) stopniowo się poprawiają, a ujemne dynamiki wskaźników przemysłu wytracają swój impet. Sugeruje to, że gospodarki mają szanse w ciągu kilku miesięcy odzyskać witalność i wrócić na ścieżkę wzrostu. To, jaka będzie dynamika wzrostu gospodarek, jest sprawą wtórną. Ważne jest, że gospodarcze potęgi przestaną się cofać. Wszystko wskazuje na to, że w Polsce w 2009 roku będzie nikły (poniżej 1 proc.) wzrost gospodarczy. Oznacza to, że kraj nasz dotknięty został spowolnieniem, ale nie recesją. Nie wątpię, że to dobry grunt do zakupów, a nawet rozwijania nowych biznesów.

Największym problemem polskiej ekonomii jest drogi i trudny w pozyskaniu pieniądz. Nikła akcja kredytowa banków hamuje wiele projektów inwestycyjnych i nie pozwala rozwijać się polskim firmom. Wierzę, że malejąca awersja do ryzyka uruchomi dopływ kapitału do przedsiębiorstw. Wtedy Polska, ze swoimi zdrowymi fundamentami, powróci na ścieżkę dynamicznego wzrostu gospodarczego.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: GP/forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj