To jest swoisty horror. Barak, zwany szumnie biurem obsługi klienta. W środku – kilku opryskliwych i lekko spoconych facetów, którzy już od progu dają do zrozumienia, że u nich raczej niewiele się załatwi. Bałagan, po prostu brud i te sterty papierzysk, które musi bez końca dostarczać klient. I tak dalej, oszczędzę państwu dalszego opisu.
Problem w tym, że nie dotyczy to jakiegoś zapyziałego peerelowskiego biura, lecz punktu, w którym świadczy swoje usługi jeden z największych polskich koncernów energetycznych, na obrzeżach dużej aglomeracji. Rzeczywistość naszej energetyki jest bowiem podwójna: ta efektowna, mieniąca się transakcjami czy debiutami giełdowymi, i ta druga, która skrzeczy i o której mówi raport przygotowany na zlecenie Urzędu Regulacji Energetyki. Klient potężnych wydawałoby się firm nie ma wyjścia: musi być przygotowany na awarie, opieszałość, błędy w fakturach.
Co z tym zrobić? Rada jest banalna: prywatyzować i wprowadzać jak najwięcej elementów konkurencji. Ten rynek pewnie nigdy nie będzie całkowicie wolny, w dodatku wybór producenta energii ciągle pozostaje raczej w sferze teorii. Ale akurat to drugie da się zmienić i trzeba zmienić, żeby baraki z ich mało sympatycznymi pracownikami przeszły do historii.