Piasecki: Mąż stanu w podróży służbowej

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
12 listopada 2010, 06:01
Marcin Piasecki
Marcin Piasecki/Forsal.pl
Te liczby robią wrażenie, choć nie dla wszystkich jest to wrażenie korzystne. Niedawna wizyta w Indiach podróżującego na szczyt G20 Baracka Obamy mogła imponować rozmachem. W operację było zaangażowanych 40 samolotów, do jego dyspozycji oddano sześć limuzyn, zaś z prezydentem na subkontynent przyleciało, bagatelka, trzy tysiące osób. Koszty? Co najmniej kilkaset milionów dolarów.

Obama mógł oczywiście udać się do Indii, nie ciągnąc ze sobą licznej świty, tak jak prawie bez obstawy podróżował do Azji premier Polski. Ale choć koszty wyprawy amerykańskiej głowy państwa są niemałe, przyniosła wymierne zyski. A pożytek z polskiej eskapady tylko taki, że zrealizowana została po kosztach.

Po co Obama zabrał ze sobą tak dużą ekipę? Ano między innymi, a może przede wszystkim po to, by dane, które teraz wyglądają tak sobie, prezentowały się lepiej. Indie to zaledwie 14. partner gospodarczy USA. Amerykański eksport do tego kraju w pierwszym półroczu to niecałe 15 mld dol. Ale i tak o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. I w Ameryce nikt nie jest przeciwny temu, żeby rósł co najmniej w podobnym tempie. Choć to brzmi jak banał, Indie są gospodarką z olbrzymim potencjałem i Amerykanie doskonale o tym wiedzą. Dlatego 200 oficjeli z tłumu towarzyszącego Obamie to szefowie firm. Poszli w ślady podobnej, tyle że brytyjskiej grupy, która towarzyszyła Davidowi Cameronowi podczas jego indyjskiej podróży parę miesięcy temu. Wszyscy wpisują się w rytuał pielgrzymek ludzi biznesu do Azji wraz prezydentami czy szefami rządów ich krajów. I jakoś nikt się tego nie wstydzi, co więcej, na przykład Niemcy bez specjalnych wahań zaprzęgają swoją administracyjno-dyplomatyczną machinę w zdobywanie azjatyckich, w szczególności chińskich kontraktów. Efekty są.

Istnieje jednak pewien kraj nad Wisłą, gdzie tego rodzaju wsparcie strony publicznej wobec biznesu kuleje. Przyczyn można się domyślać: to trauma sprzed mniej więcej dziesięciu lat, kiedy kontakty prywatnego z publicznym uchodziły za niejasne, i, by tak rzec, wieloznaczne. Wśród polityków może pokutować przekonanie, że wybuchnie afera, kiedy zabiorą ze sobą w podróż może nie dwustu, ale choćby dwudziestu przedsiębiorców. O czym oni rozmawiali z oficjelami na pokładzie samolotu? Co załatwili? Co ugrali?

Tylko że niezdrowa atmosfera na styku publicznego i prywatnego odchodzi w przeszłość. Przez minione lata sytuacja w bardzo dużym stopniu się oczyściła. I naprawdę trzeba zacząć działać tak, jak działa świat. Po pierwsze jeździć do Azji, a tutaj jedna podróż premiera do Wietnamu niewiele załatwi. Po drugie zabierać z sobą ludzi biznesu, wspierać ich interesy. Inaczej wyznacznikiem naszej obecności na Wschodzie stanie się jedynie pawilon na szanghajskim Expo. Był piękny, odniósł sukces, ale naprawdę nie warto na nim poprzestać.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: finanse
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj