Giełda: staroświeckie metody najlepsze na kryzys

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
21 sierpnia 2011, 13:02
Wobec niestabilności rynku inwestorzy wracają do środków staroświeckich: złapali za telefony, by porozmawiać z brokerami. W czasach kryzysu tradycyjne rozmowy z brokerami wypierają transakcje elektroniczne na giełdach.

Choć deregulacja i automatyzacja w USA i Europie skierowały wielu graczy na tory błyskawicznych transakcji elektronicznych, w chwilach najbardziej nasilonej aktywności rynków czynnik ludzki wciąż jeszcze ma do odegrania swoją rolę.

– Poziom hałasu przy biurkach był naprawdę wysoki. W sytuacji niestabilności rynkowej system kierowania się zleceniami gorzej się sprawdza – mówi Peter Best, dyrektor handlowy w dziale brokerów głosowych Icap.

>>> Polecamy: Oto fundusze, które zarobiły krocie na giełdowych spadkach

Według Knight Capital Group, największego na świecie market makera, w szczytowym okresie niestabilności na brokerów głosowych przypadało 85 proc. transakcji. – Zwykle relacja ta wynosi 50:50, w czasie zawirowań na rykach zmienia się tak, że 75 – 85 proc. przypada na transakcje głosowe. Człowiek potrzebuje pomocy, drugiej pary oczu. A czasami też kapitału. Nie uda ci się pozyskać kapitału, jeśli będziesz zawierać transakcje tylko drogą elektroniczną – mówi Joe Mazzella, szef transakcji handlowych w Knight.

To sprzeczne z obecnymi trendami. Zdaniem Tabb Group transakcje z udziałem tzw. czynnika ludzkiego czy też głosowe w ciągu ostatnich dwóch lat stanowiły 42 proc., co oznacza spadek z poziomu 69 proc. przed pięcioma laty. Ale w 2008 r., w szczytowym okresie kryzysu finansowego, transakcje głosowe znów odzyskały nieco popularności.

Ten trend odzwierciedla zarówno zmianę zwyczajów inwestorów, którzy chętnie korzystają z szybkich, niedrogich transakcji dokonywanych za pomocą komputerowych algorytmów, jak i skłonność domów maklerskich z Wall Street do redukcji zatrudnienia i automatyzacji wielu funkcji, by lepiej służyły rosnącej grupie osób dokonujących częstych transakcji.

Średni dzienny wolumen handlu w ciągu ostatnich dziesięciu lat uległ dramatycznemu zmniejszeniu – na amerykańskim rynku akcji jego wartość spadła o ponad 10 proc., bo inwestorzy wycofali swoje udziały, uszczuplając tym samym zyski banków.

Obsługa przez sprzedawców oznacza dla banków wyższą prowizję. Jeśli zwrot w kierunku głosowej obsługi transakcji będzie się utrzymywał, może poprawić sytuację tych banków, których akcje spadły w minionym tygodniu ostro w dół. Według szacunków Tabb prowizja z akcji sprzedanej przez sprzedawców wynosi 3,2 centa, zaś ze sprzedaży z wykorzystaniem algorytmów – tylko 0,7 centa.

>>> Czytaj też: Dramat na giełdach. Indeksy spadają w zabójczym tempie

– Cięcia w domach maklerskich wyeliminowały wielu utalentowanych brokerów – mówi Matt Simon, analityk z Tabb. – Płacąc wyższą prowizję, pomagasz utrzymać w pogotowiu ludzi... na których możesz polegać w sytuacji kryzysowej – dodaje.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: giełda
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj