Wiedza na temat podobieństw i różnic w zachowaniu indeksów na wielu giełdach świata ma walor nie tylko zaspakajania ciekawości, ale bywa użyteczna zarówno do analizy tego, co dzieje się na rynkach, jak i do konstruowania zdywersyfikowanego portfela. Do ich śledzenia nie jest konieczne stosowanie skomplikowanych wskaźników statystycznych. Często wystarczające są o wiele prostsze metody. I w jednym i drugim przypadku, oceny zmieniają się w zależności od przyjętych ram czasowych oraz punktów widzenia.

Bardzo interesujące są obserwacje zmian indeksów w średnim horyzoncie, obejmującym ostatnią falę wzrostów, rozpoczętą na większości rynków w marcu 2009 roku. Objęliśmy nimi 40 najczęściej śledzonych przez inwestorów giełd światowych. Następnie podzieliliśmy je na cztery grupy, stosując kryterium podobieństwa stóp zwrotu.

W pierwszej dziesiątce indeksów, które od dna bessy z lat 2008-2009 zyskały najwięcej, mamy niemal identyczną reprezentację giełd z trzech kontynentów. W jej skład wchodzi czterech reprezentantów Azji, trzech „Europejczyków” oraz trzy indeksy amerykańskie. Drugą, jeszcze bardziej widoczną cechą wspólną w tej grupie jest to, że składa się ona niemal wyłącznie z przedstawicieli rynków rozwijających się. Jedynym wyjątkiem jest obecność w tym gronie amerykańskiego indeksu spółek technologicznych Nasdaq. Ten fakt nie budzi jednak wielkiego zdziwienia. Podobieństwo wskaźników obrazujących koniunkturę na rynku dynamicznie rozwijających się spółek nowych technologii i szybko rosnących gospodarek wschodzących może być uznane za zupełnie naturalne.

Naszym inwestorom analiza składu pierwszej dziesiątki wskazuje na utrzymującą się od dłuższego czasu atrakcyjność nieco niedocenianych rynków naszego regionu, czyli Rumunii i Turcji. Mamy do nich dostęp za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Tego samego nie można powiedzieć o równie interesującym rynku estońskim.

Znacznie większy galimatias panuje w kolejnych segmentach naszego zastawienia. W jego drugiej dziesiątce główne indeksy Wall Street i londyńskiego Citi sąsiadują z dwoma wskaźnikami warszawskimi, stawkę uzupełniają dwa azjatyckie tygrysy, przedstawiciel Ameryki Południowej oraz Łotwa i Norwegia.

Reklama

Sąsiedztwo S&P500 i Dow Jonesa z brytyjskim FTSE, mimo powszechnie znanych różnic w sytuacji gospodarczej między USA a Europą, bardzo łatwo uzasadnić. W obu tych krajach prowadzona jest wyjątkowo luźna polityka pieniężna, oparta nie tylko na niskich stopach procentowych, ale i na dodruku pieniądza. Co w tym gronie jednak robią WIG i mWIG40, znajdujące się na pozycjach wyższych niż Dow Jones, skoro drukarnie NBP są od dawna nieczynne, a RPP zastanawia się nad podwyżkami stóp procentowych? Prawdopodobnie korzystają bardziej ze statusu rynku wschodzącego, niż opinii o zielonej wyspie.

Jeszcze większego dysonansu poznawczego można doznać analizując skład trzeciej dziesiątki. Tu WIG20 i sWIG80 sąsiadują ze wskaźnikami z Frankfurtu, Kuala Lumpur, Budapesztu, Buenos Aires, Hong Kongu i Tajwanu oraz Ottawy. Tu już żadnych prawidłowości doszukać się nie sposób.

Mimo równie dużej różnorodności, większa spójność pojawia się w ostatniej dziesiątce indeksów. Mamy w niej z jednej strony Holandię, Belgię i Francję, z drugiej Rosję Bułgarię i Finlandię oraz Chiny, Japonię, Australię i Nową Zelandię. Oprócz kryterium geograficznego (Francja na czele marginalnych giełd europejskich, pierwsza liga azjatycka, Australia i Nowa Zelandia), widoczne są tu także logiczne związki o charakterze makroekonomicznym. Francja, Belgia i Holandia cierpią solidarnie z powodu europejskich kłopotów. Spowolnienie chińskiej gospodarki współgra ze słabą kondycją giełd krajów, których ekonomia koncentruje się na surowcach, czyli Rosji i Australii.

W analizie całej czterdziestki indeksów, warto zwrócić uwagę na co najmniej dwa charakterystyczne zjawiska. Po pierwsze widoczne jest ogromne zróżnicowanie w ramach bardzo modnej grupy rynków określanych skrótem BRIC. Tylko Indie plasują się w pierwszej dziesiątce giełd przodujących pod względem stopy zwrotu. Brazylia mieści się w trzeciej, a Rosja i Chiny zamykają stawkę z bardzo skromnymi efektami. Po drugie, narzekania na słabość warszawskiego parkietu, uzasadnione w krótszym, kilkumiesięcznym horyzoncie, nie mają racji bytu w nieco dłuższej perspektywie.

Roman Przasnyski, analityk Open Finance / Inne