Forsal logo

Woś: Dla cudu gospodarczego decydujący okazał się seks

Małżeństwo, seks, para
Małżeństwo, seks, para/ShutterStock
"Póki małżeństwa były względnie trwałe, a rynek pozamałżeńskiego seksu niewielki, konsumpcja była niska, a gospodarka trapiona cyklicznymi kryzysami" - pisze Rafał Woś, publicysta DGP.

Intrygująca idea. Cały powojenny cud wzrostu gospodarczego w zachodnim świecie to wcale nie efekt technologicznych innowacji albo keynesowskiego stymulowania gospodarek. Jak zwykle decydujący okazał się seks.

Od kilku lat triumfy popularności święci ambitny i wyrafinowany amerykański serial „Mad Men”. Rozgrywa się on w latach 60. w środowisku pionierów nowojorskiej reklamy ze słynnej Madison Avenue. Dopracowany pod każdym względem film świetnie oddaje przemiany obyczajowe rozgrywające się w ówczesnej Ameryce. Główny bohater, reklamowy geniusz Don Draper tkwi jeszcze w tradycyjnym modelu rodziny. Ma strzegącą domowego ogniska żonę, dwójkę (potem trójkę) uroczych dzieci i domek na przedmieściach. Jednocześnie całe dnie spędza w pracy, w sercu pulsującej życiem metropolii. I korzysta z jej uroków pełnymi garściami. Zwłaszcza gdy chodzi o kobiety: szybko emancypujące się nowojorskie singielki, dla których romans z żonatym mężczyzną to już coraz mniej temat tabu, a coraz częściej zwykła przygoda.

>>> Zobacz też: Niemieckie nastolatki wolą komórkę od seksu, telewizji i alkoholu

I to właśnie erotyczne przygody Dona Drapera (i milionów jemu podobnych) są zdaniem ekonomistów przyczyną boomu, który rozbujał zachodnie gospodarki w pierwszych trzech dekadach po II wojnie światowej. Jason Collins, Boris Baer i Ernst Juerg Weber z Uniwersytetu Zachodniej Australii argumentują w sposób następujący: pieniądze to kluczowy argument decydujący o doborze życiowego partnera. Kobiety są bardziej przychylne mężczyznom dysponującym wyższą siłą nabywczą. Panowie wiedzą z kolei, że posiadanie większej ilości aktywów zwiększa ich zdolność do zdobycia lepszej (bo wybranej z większej puli) partnerki. I to przekonanie popycha ich do działań stanowiących koło zamachowe gospodarki: do innowacyjności, przedsiębiorczości, produktywności czy profesjonalizacji rozumianej jako kariera w popłatnych zawodach. Wszystko to owocuje szybszym rozwojem gospodarczym w skali makro.

Nie inaczej jest z konsumpcją. Pokazał to niedawno (2010 r.) zespół badawczy pod kierunkiem Jill Sundie z uniwersytetu w San Antonio. Teksańscy akademicy dają wiele empirycznych dowodów na to, że mężczyźni liczący na seks wydają pieniądze bardziej ochoczo. Umieśćmy ten wniosek w historycznym kontekście ostatnich stu lat, a mechanizm widać jak na dłoni. Wygląda na to, że wpływ seksu na gospodarkę układał się w tym czasie na kształt litery „n”. Póki małżeństwa były względnie trwałe, a rynek pozamałżeńskiego seksu niewielki, konsumpcja była niska, a gospodarka trapiona cyklicznymi kryzysami. Mężczyzna inwestował w zdobycie kobiety zazwyczaj tylko raz i to w młodości, gdy siłą rzeczy dysponuje się znikomą siłą nabywczą. Potem wydatki na uwodzenie odpadały niemal zupełnie. Spójrzmy jednak, co dzieje się dalej. Nadchodzą lata 50. i 60., czyli czas rewolucji obyczajowej i emancypacji kobiet. Podaż seksu idzie w górę. Rynek pozamałżeńskich romansów się rozrasta. Jednocześnie większość mężczyzn korzysta z nowych możliwości, próbując godzić je z tradycyjnym modelem rodziny. Wydatki eksplodują, a panowie muszą pracować więcej, by za nimi nadążyć. I jedno, i drugie zjawisko w skali makro napędza gospodarkę. Słowem, mamy tu do czynienia z prawdziwą sekspremią dla PKB.

>>> Czytaj też: „FT:” Seks i trumny. Polska potęgą przemysłu pogrzebowego

W końcu rynek związków erotycznych znajduje nową równowagę. Wysoka podaż pozamałżeńskiego seksu przy niezmienionym popycie powoduje, że spada jego cena. W praktyce panowie nie muszą więc już wydawać tak wiele, by – mówiąc kolokwialnie – zaciągnąć kogoś do łóżka. Na dodatek szerzy się singielstwo, czyli nowy styl życia w pojedynkę. Singiel nie ma wydatków związanych z utrzymaniem rodziny, a z drugiej strony może taniej kupować sobie zainteresowanie płci przeciwnej. I jedno, i drugie jest złe dla gospodarki.

Może więc to brak sekspremii jest przyczyną spowolnienia gospodarczego, w którym zachodni świat znajduje się od czterech lat? A nie żaden krach kredytowy, upadek Lehman Brothers czy zbyt wysokie zadłużenie publiczne i prywatne zachodnich społeczeństw. A jeśli tak, to może po prostu zacznijmy znów uwodzić.

>>> Czytaj też: Seks i gospodarka, czyli ekonomiści do sypialni

1010024-i02-2012-184-186000200-802.jpg
Rafał Woś, dziennikarz DGP
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Rafał Woś
Rafał Woś

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraRaport Draghiego na nic. Prawdziwy powód braku konkurencyjności UE? Polityka klimatyczna »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj