Wędrowanie po górach wciąż jest wyzwaniem dla twardzieli. Tych, którzy nie boją się brudu i zimna w schroniskach.
Listopad. Szybko zapada mrok, pada deszcz. Wędrujemy przez Beskid Niski, oprócz nas nie ma żywej duszy. Po dwunastu godzinach marszu zabłoceni, zmarznięci i przemoczeni dochodzimy do schroniska. Przezornie wcześniej zarezerwowaliśmy pokój, więc wizja przytulnego miejsca i gorącego prysznica pojawia się pod koniec wędrówki w naszych rozmowach coraz częściej. Rozczarowanie jest duże.
Nasze trzyosobowe lokum na poddaszu skłania do głębokich refleksji. Czytając różne napisy na ścianach, dowiadujemy się, kibice jakich klubów piłkarskich spali tu przed nami, co sądzą o innych drużynach, a także kto kogo kocha, a kogo już nie. Zastanawiamy się też, kiedy ostatnio były prane koce. Całe szczęście mamy własne śpiwory. Prysznic też okazał się nieco szalonym pomysłem, bo ciepła woda szybko się skończyła. Biorąc pod uwagę, że wejście do łazienek i tak wymagało sporego samozaparcia, frustracja jest duża.
Reklama
Nic to. Przebrani w suche ubrania siadamy przy kominku. Szkoda, że wygaszonym, przez co w jadalni, delikatnie mówiąc, nie jest zbyt przyjaźnie. Ale od czego polary. Jest nas trzech, chcemy zamówić po piwie. I to okazuje się niemożliwe, bo w sklepiku zostały ostatnie dwie butelki. Trwa długi weekend listopadowy (święto niepodległości), wszystkie miejsca w schronisku zajęte. Najwyraźniej gospodarz był zaskoczony frekwencją. Albo, co bardziej prawdopodobne, jego motywacja do tego, by na prowadzonym biznesie zarabiać, nie jest duża. To, że turyści przeszkadzają mu, zdecydowanie daje się odczuć.
Od lat wędruję po polskich górach i przyzwyczaiłem się, więc moje oczekiwania i tak są radykalnie zaniżone w stosunku do tego, czego wymagam, jadąc np. nad Bałtyk. Ale czy musi być aż tak źle? Czy w naszych schroniskach standardem muszą być brudne łazienki i nieczyszczone toalety?

Wartość sentymentalna

Odpowiedzi poszukałem u źródeł – w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajobrazowym, które dysponuje prawie dwustoma obiektami z 20 tys. miejsc noclegowych. Wśród nich jest m.in. 77 górskich schronisk, 60 domów turysty, 35 stanic i ośrodków turystyki wodnej, 33 campingi oraz 5 zajazdów. – Małymi krokami, ale idziemy do przodu – mówi nam sekretarz Zarządu Głównego PTTK Jolanta Śledzińska. – Stopniowo staramy się podnieść standardy obiektów. Co nie zmienia faktu, że brak czystości nie ma żadnego usprawiedliwienia.
Jak zorganizowana jest działalność schronisk? Zarządzają nimi spółki z ograniczoną odpowiedzialnością podzielone na regiony („Bieszczady”, „Sudety”, „Karpaty” oraz „Mazury”). To one oddają obiekty w dzierżawę. Jeśli „gospodarze”, bo tak w PTTK nazywa się dzierżawców, sami zainwestują w obiekt, umowy są wieloletnie i mogą trwać nawet 20 lat. Czasem bywa więc tak, że jeden obiekt prowadzi ta sama rodzina od pokoleń; np. w tatrzańskiej Dolinie Chochołowskiej od lat gospodarzami są Krzeptowscy.
Ale w rozmowach z nami, prosząc o niepodawanie nazwiska, niektórzy gospodarze narzekają na to, że boją się inwestować, bo dzierżawy z reguły są krótkotrwałe. A gwarancji, że zainwestowane pieniądze się zwrócą, nie ma żadnej: w jednym ze schronisk w Beskidzie Żywieckim, małym i przytulnym, ale znanym z dosłownie chłodnej atmosfery, zdarzyło się raz, że nie było turysty przez ponad 30 dni z rzędu. Więc nic nie zmieniają. Wielu gospodarzy jednak nie narzeka. – Mi z PTTK współpracuje się bardzo dobrze – stwierdza Olga Bielak, która w schronisku na Przechybie w Beskidzie Sądeckim działa od prawie 40 lat. – Problemem jest raczej to, że turyści przyzwyczaili się, że w górach jest tanio. I jak mają zapłacić 35 zł za miejsce w dwuosobowym pokoju, to narzekają, że drogo.
Być może to jest jeden z powodów, dla których sytuacja finansowa dzierżawców wygląda bardzo różnie. Największe zyski (spółka nie podaje jakie) przynosi schronisko nad Morskim Okiem w Tatrach – nic w tym dziwnego, prowadzi do niego asfaltowy deptak, więc w sezonie odwiedza je nawet kilka tysięcy osób dziennie. A ceny są równe warszawskim. – Myślę, że połowa obiektów, która mi podlega, nie zarabia na siebie – mówi Jerzy Kalarus, szef spółki „Karpaty”. Jak się więc utrzymują? Ich straty są pokrywane z zysków tych zarabiających. Ale to niestety powoduje równanie w dół.
Dlaczego wzorem dobrze zarządzanej firmy PTTK nie sprzeda schronisk, które są niedochodowe, a przez to niedoinwestowane oraz zapuszczone, a pozyskanych środków nie przeznaczy na to, by poprawić komfort pozostałych? – Proszę pamiętać, że jesteśmy towarzystwem, naszą misją jest krzewienie turystyki. Poza tym to majątek wypracowany przez naszych członków, oni tam pracują społecznie od lat i ta więź sentymentalna jest zbyt duża, by tych placówek się pozbywać. Ale staramy się w nasze obiekty inwestować – tłumaczy Śledzińska.
Największy projekt inwestycyjny ma wartość 10 mln zł i nosi nazwę Zielone Schroniska. Objęto nim siedem obiektów w Tatrach i 11 w Beskidach (m.in. Wierchomlę, Turbacz i Markowe Szczawiny). Wybudowano m.in. suszarnie odzieży, elektrownie wodne, oczyszczalnie ścieków, w każdym obiekcie zainstalowano defibrylator, jest także możliwość łączenia się z internetem przy pomocy punktów Wi-Fi. Zainwestowano także w elektroniczne systemy rezerwacji, tak więc np. będąc na Giewoncie, można sprawdzić w smartfonie, czy są wolne miejsca noclegowe np. na Hali Kondratowej lub na Kalatówkach. Znakomitym przykładem nowoczesnego schroniska są wyposażone nawet w panele słoneczne Markowe Szczawiny na Babiej Górze, gdzie oprócz wieloosobowych sal, są dwu- i trzyosobowe pokoje z łazienkami. W ramach projektu mocno postawiono na ekologię – pojawiły się m.in. prasy do zgniatania śmieci, a we wszystkich tych schroniskach odpady są segregowane.
Skoro tak się poprawia, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego w niektórych schroniskach wejście do łazienki to prawdziwy survival, a rozmowa z obsługą wymaga dużej dozy cierpliwości, dobrych chęci i powtarzania sobie, że najbliższe miejsce noclegowe znajduje się w odległości kilku godzin wędrówki? – Czasem naprawdę trudno jest zmienić nawyki ludzi, którzy prowadzą obiekty. Ale z drugiej strony jeszcze trudniej jest rozstać się z kimś, kto tam mieszka od zawsze – mówi nam anonimowo jeden z członków PTTK.

Wspólne znaczy niczyje?

Co podkreślają wszyscy nasi rozmówcy, największą bolączką PTTK jest brak funduszy. W Czechach za utrzymanie szlaków i schronisk finansowo w dużej mierze odpowiada państwo. Dlatego wiele tamtejszych boud, np. w Karkonoszach, jest w stanie naprawdę dobrym, a nocleg w nich to przyjemność.
– Opłaty wszelkiego rodzaju są duże, np. za camping w Łebie dzierżawy wieczystej płacimy prawie 120 tys. zł, a do tego co miesiąc dochodzi 8 tys. podatku od nieruchomości. I to przez cały rok, a nie tylko przez te dwa czy trzy miesiące, kiedy placówka faktycznie funkcjonuje. Na to, by zarobić, zostaje bardzo mało czasu – mówi Stanisław Janowicz, prezes spółki „Mazury”, który zarządza m.in. bardzo nowoczesnym portem w Wilkasach. Analogiczna sytuacja jest w górach, w których sezon jest nieco dłuższy. – Moim zdaniem w PTTK zupełnie leży marketing, nie robi się nic, by zwabić nowych turystów, by nauczyć ich wędrówek – mówi nam jeden z gospodarzy.
Mnie, turystę rozczarowanego, frapuje odpowiedź na pytanie, jak instytucja, która ma tak gigantyczny majątek, nie potrafi o niego zadbać? – Przerabialiśmy różne modele zarządzania. Powróciliśmy do dzierżaw, a raczej do franczyzy, bo każdy z naszych gospodarzy podpisuje regulamin. Najemców zmieniamy rzadko, zazwyczaj z przyczyn losowych – wyjaśnia Jerzy Kalarus. Być może główną bolączką jest właśnie brak konkurencji i to, że gospodarze nie posiadają schronisk na własność. W konkursach ofert na dzierżawy ważna jest cena, jaką przyszły gospodarz deklaruje płacić co miesiąc, ale liczy się także wizja i pomysł, jak miejsce ma funkcjonować. Cena oczywiście jest dominująca: im wyższa, tym większa szansa wygrania – ale potem ma to przełożenie na ceny w schronisku. Gdy turystów nie ma, terminy zapłaty naglą, oszczędza się na wszystkim.
Przyznaję, PTTK robi bardzo pożyteczną robotę, m.in. znakując szlaki, na co np. w ubiegłym roku od Ministerstwa Sportu i Turystyki nie otrzymało żadnych funduszy, a w tym 300 tys. zł. A biorąc pod uwagę, że dbać trzeba o 70 tys. km szlaków pieszych, rowerowych, konnych i kajakowych, to tak naprawdę kropla w morzu turystycznych potrzeb.
Ale może gdyby zmienić zasady gry i każde schronisko by musiało na siebie zarobić, to obsłudze zaczęłoby zależeć? Fakt, pewnie byłoby drożej. Ale za to wtedy turyści wiedzieliby, za co płacą. Bo teraz i tak jest drogo, ale często poza dachem nad głową nie dostaje się nic więcej. Wiem, że wielu będzie się upierać przy tym, że schroniska są głównie dla młodych ludzi, a u nich z pieniędzmi bywa zazwyczaj krucho. Może jednak warto poszerzyć ofertę – tak by ci, którzy chcą zapłacić więcej, mieli taką możliwość? Być może wtedy schroniska przestałyby być deficytowe. I brudne. I zimne.