Dla większości z nas europejski kryzys gospodarczy to opowieść z morałem o tym, jakie skutki niesie ze sobą dobre i złe zarządzanie. W tej historii rozważnym krajom pokroju Niemiec udaje się zachować stabilność, zaś lekkomyślne, jak Grecja, tracą grunt pod nogami.

Ta wizja do tego stopnia wrosła w zbiorową świadomość, że dziś coraz częściej słyszymy jak analitycy nawołują, by Europa stała się „bardziej niemiecka”. Teutońskie podejście do polityki – zarówno w kwestiach podatkowych jak i zatrudnienia – oraz reformy rynkowe miałyby pozwolić staremu kontynentowi otrząsnąć się z kryzysu. Argument jest więc następujący: gdyby tylko kraje z peryferiów Europy nauczyły się działać tak jak Niemcy, Unia Europejska i jej wspólna waluta miałyby zapewnioną stabilną przyszłość.

To jednak nieprawda i istnieją na to dowody. Rzecz nie w tym, czy niemieckie podejście jest słuszne, tylko czy będzie miało podobne efekty w krańcowo różnych środowiskach gospodarczych i politycznych. By dostrzec, że nie, wystarczy na chwilę zapomnieć o Grecji i przyjrzeć się jej sąsiadowi – Bułgarii.

Kraj ten, podobnie jak Niemcy, w latach poprzedzających kryzys zaciskał pasa i wprowadzał reformy gospodarcze, by poprawić swoją konkurencyjność. Oba państwa zareagowały na krach lekkim wzrostem deficytu budżetowego, który jednak szybko udało im się zahamować. Według danych Ministerstwa Finansów w lutym bułgarski deficyt wynosił 0,7 proc. PKB, a dług publiczny 16 proc. Jak dotąd całkiem po niemiecku.

Reklama

W obydwu krajach wzrost gospodarczy per capita pozostał na plusie w trakcie kryzysu (poza ponurym rokiem 2009), przy czym niemiecki był tylko nieznacznie większy niż bułgarski. Ich polityki monetarne są niemal identyczne. Mimo że Bułgaria nie jest członkiem unii walutowej, jej waluta, lew, jest sztywno powiązana z euro, a bank centralny nie może udzielać kredytów bankom komercyjnym. Pieczę nad polityką monetarną Bułgarii sprawuje zatem de facto Europejski Bank Centralny we Frankfurcie.

Jednak mimo tych podobieństw germański spokój panował w Bułgarii tylko do lutego. To wtedy uliczne protesty przeciwko podniesieniu cen elektryczności doprowadziły do upadku rządu. Dlaczego? Ponieważ przeciętny Bułgar nie może pozwolić sobie na politykę à la Niemcy podobnie jak nie stać go na niemieckie BMW czy Mercedesa.

Niemcy to jeden z najbogatszych członków UE i jak dotąd najbardziej wpływowy. Bułgaria jest natomiast najbiedniejszym krajem Unii, a w dodatku jednym z najnowszych i o najmniejszej sile oddziaływania. Bułgarzy są ponad 2,5 raza biedniejsi niż Niemcy i znacznie częściej bezrobotni.

Sympatia dla UE bądź jej brak nie mają tu znaczenia. Mieszkańcy tych dwóch krajów mają duże zaufanie do Europy, choć z różnych powodów. Niemcy - dlatego, że ufają swojemu rządowi i wierzą, że ma wpływ na Unię; Bułgarzy - wręcz przeciwnie. Dla bogatych Niemców w ich dobrze funkcjonującym państwie konserwatyzm budżetowy jest obietnicą, że przyszłość nie będzie za bardzo odbiegać od tego, co mają dziś. W ubogiej, dysfunkcyjnej Bułgarii ta sama polityka powoduje rozdrażnienie społeczeństwa, które obawia się, że w kraju nigdy nic się nie zmieni.

To wyjaśnia dlaczego kroplą, która przelała czarę goryczy było dla Bułgarów podniesienie cen elektryczności. Rząd upadł, bo opłaty za prąd pochłaniają w Bułgarii większą część dochodów przeciętnego obywatela niż w Niemczech i ich podniesienie jeszcze pogorszyłoby niski standard życia. Utrata nadziei na lepszą przyszłość to główny podwód bułgarskiego kryzysu politycznego.

>>> Czytaj też: UE: Poziom ubóstwa w Bułgarii jest alarmujący

W ostatnich latach polityka makroekonomiczna Bułgarii pozostawała niemal niezmienna, podczas gdy jej rządy zmieniały się bezustannie. Od upadku komunizmu w 1989 r., żadnemu gabinetowi nie udało się wywalczyć reelekcji. Wyborcy oczekiwali zamian, ale za każdym razem otrzymywali ten sam model gospodarczy. Bułgaria jest więc klasycznym przykładem doktryny „braku alternatyw”, tej samej, którą proponuje się dziś wyborcom m.in. w Grecji i we Włoszech.

W tym roku obydwa kraje czekają wybory – Bułgarię 12 maja z powodu upadku poprzedniego rządu, zaś Niemcy planowo – 22 września. I w jednym i drugim przypadku sondaże wskazują na zwycięstwo rządzących partii centroprawicowych. To jednak koniec podobieństw. O ile w Niemczech nie zanosi się na poważne zmiany, Bułgarię czeka długi okres politycznej zawieruchy na modłę włoską.

W Niemczech i w Bułgarii identyczne strategie przyniosły więc krańcowo różne efekty, co dowodzi, że Europa nie wyzdrowieje, gdy stanie się bardziej niemiecka. Ogromne różnice w dochodach i efektywności instytucjonalnej poszczególnych państw członkowskich zagrażają Unii i jej walucie znacznie bardziej niż ich różnorodne strategie fiskalne.

Ivan Krastev jest prezesem Centrum Strategii Liberalnych w Sofii i pracownikiem wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku. Georgi Ganev jest dyrektorem programowym Centrum Strategii Liberalnych i doktorem habilitowanym na Uniwersytecie Sofijskim.

>>> Polecamy: Bułgaria między dyscypliną a populizmem

Bułgarska waluta - lew / Bloomberg