Inwestycje publiczne - lek na pułapkę średniego dochodu?

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
15 lutego 2014, 19:01
Oskar Krzesicki związany z Instytutem Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej
Oskar Krzesicki związany z Instytutem Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej/Dziennik Gazeta Prawna
Temat inwestycji publicznych, w Polsce przez lata kojarzonych z poprzednim ustrojem i zaniedbywanych, powraca wraz z wynikającym z doświadczeń kryzysu przeświadczeniem o konieczności powrotu do silnej obecności państwa w gospodarce.

Mamy program Inwestycje Polskie, wkrótce nastąpi uruchomienie przez BGK funduszu skupującego mieszkania na wynajem, który ma na masową skalę nabywać lub budować mieszkania. Celem tych i innych działań rządu jest nie tylko zapewnienie koniecznej dla rozwoju kraju infrastruktury, ale też dostarczenie do gospodarki inwestycji, których sektor prywatny generuje zbyt mało.

Ale jakich inwestycji potrzebuje gospodarka?

Inwestycje to nie tylko projekty infrastrukturalne (jak drogi, koleje czy mieszkania), ale i kapitał ludzki (edukacja, zdrowie, polityka pronatalna), działania, jakie państwo podejmuje dla stymulacji popytu (interwencje na rynku surowców rolnych, transfery socjalne) czy zatrudnienia (roboty publiczne, dopłaty do zatrudnienia, przejęcia bankrutujących firm).

Inwestycje infrastrukturalne przynoszą podwójny efekt. W krótkim okresie stymulują popyt, pozwalając zarobić wszystkim zaangażowanym w nie podmiotom. Długookresowo podnoszą podaż poprzez wzrost produktywności gospodarki. Są więc idealne na czas dekoniunktury – stymulują spożycie, gdy popyt jest niski, po czym, gdy zgodnie z prawami cyklu koniunkturalnego, gospodarka znów zaczyna rosnąć, podnoszą możliwość zaspokojenia rosnącego popytu poprzez wzrost podaży.

Z inwestycjami w kapitał ludzki sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Na przykład szkolenia dla bezrobotnych czy podnoszenie nakładów na edukację nie wywołują natychmiastowego wzrostu popytu. Podobnie inwestycje w zdrowie publiczne czy politykę pronatalną (w postaci dotacji do przedszkoli lub dopłat do produktów związanych z wychowaniem dzieci) – tu efekty są istotne, lecz niepewne i pojawiają się dopiero po upływie kilku lub kilkudziesięciu lat.

>>> Czytaj też: Polskie Inwestycje Rozwojowe: EBOiR zaangażuje się w polskie inwestycje

W okresie kryzysu nie ma więc sensu szkolić bezrobotnych – jeśli przedsiębiorstwa nie zatrudniają, to nawet po przeszkoleniu tacy ludzie nie znajdą pracy. Jednak bezrobotni szkoleni w boomie znajdą pracę i zdobędą doświadczenie zawodowe. Podobnie zwiększanie wydatków na edukację czy wzrost poziomu opieki zdrowotnej w sytuacji spadających dochodów budżetowych byłoby zbytnią rozrzutnością.

Intensywnie inwestować w zasoby ludzkie należy, gdy gospodarka jest na górce, aby zapobiec ograniczeniu podaży w przyszłości. W okresie boomu państwo za pomocą podatków może schładzać gospodarkę, zastępując część wydatków prywatnych inwestycjami w długookresowy rozwój potencjału ekonomicznego, objawiający się w przeważającej mierze w potencjale ludzkim. Zwiększanie wydatków na edukację i szkolenia podnosi jakość siły roboczej. Inwestycje w zdrowie publiczne, wydłużając oczekiwany okres trwania życia, przyczyniają się do zwiększenia przyszłego zasobu pracy. (Warto tu podkreślić, że niezależnie od rządowych ustaleń to niski poziom przyszłych emerytur, a nie formalny wiek emerytalny, będzie warunkował decyzje dotyczące zakończenia aktywności zawodowej).

Rzecz jasna bez inwestycji w edukację i politykę zdrowotną nie da się podtrzymać długookresowego wzrostu gospodarczego, który w dużej mierze zależy od ilości i jakości siły roboczej. Jest to istotne szczególnie w przypadku Polski, której gospodarka jest mało innowacyjna, a jej przewaga konkurencyjna oparta jest przede wszystkim na niskich kosztach pracy, których nie da się w długim okresie pogodzić ze wzrostem gospodarczym. Jeśli chcemy, aby poziom płac w Polsce był taki jak w bogatszych krajach UE, musimy osiągnąć podobną do nich produktywność pracy, a to w dużej mierze zależy od jakości siły roboczej.

Inwestycje publiczne słusznie są postrzegane przez rząd jako lek pozwalający na uniknięcie przez Polskę pułapki średniego dochodu i zapewniający wysoki i stabilny wzrost gospodarczy w długim okresie. Powinno się je jednak różnicować, tak by w boomie aplikować szczepionkę, a w kryzysie antybiotyk, a nie odwrotnie.

>>> Czytaj też: Inwestycje publiczne, czyli prosta recepta na tarapaty

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj