Inwestycje publiczne, czyli prosta recepta na tarapaty

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
29 września 2013, 07:55
Budowa autostrady A2, GDDKiA
Budowa autostrady A2, GDDKiA/Media
Stadion Narodowy to nie jedyny przykład "interesów" z państwem, na których kiepsko wyszły budowlane spółki. Publiczne inwestycje to w naszym kraju ryzyko większe niż ruletka.

Firmy budowlane narzekają na inwestorów publicznych. Ich zdaniem zbyt często domagają się prac dodatkowych, które generują koszty i wpędzają je w tarapaty.

Gmina Skórcz na północy Polski. Tu firma Extrabau zbudowała halę sportową. Szkopuł w tym, że projektant nie uwzględnił tego, że teren, gdzie miała stanąć hala, był pół metra wyżej niż sąsiadująca szkoła. Ktoś go musiał zniwelować. Roboty dodatkowe zostały wycenione na ponad 80 tys. zł.

– W momencie gdy aneks do umowy był przygotowany, odbyły się wybory i zmieniła się władza. A nowi włodarze powiedzieli nam, że ich ten aneks nie dotyczy i go nie podpiszą – mówi Jarosław Karasewicz, członek zarządu Extrabau. Po dwóch latach walki w sądzie udało się odzyskać większość tej kwoty. Żaden z urzędników nie poniósł jakichkolwiek konsekwencji prawnych.

Inaczej sytuacja wygląda przy budowie Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. Tu kontrakt opiewał na 11 mln zł, a prace dodatkowe wyniosły około miliona złotych. – Spóźniliśmy się z oddaniem o trzy tygodnie. Przez to nałożono na nas prawie pół miliona kar umownych. Ale nikt nie wziął pod uwagę, że z winy inwestora straciliśmy tych dni dużo więcej. Muzeum nie ma pieniędzy na roboty dodatkowe i dlatego próbuje odzyskać pieniądze z kar. Jestem przekonany, że w sądzie sprawę wygramy – irytuje się Karasewicz. Nie zgadza się z tym dyrektor Muzeum Marynarki Wojennej Andrzej Nowak. – Ostatniej transzy nie mogłem wypłacić, bo musieliśmy naliczyć kary umowne za opóźnienie. To było 23 tys. zł za jeden dzień. To nie jest kwestia tego, czy ja tę karę chcę naliczyć, czy nie – po prostu taki obowiązek nakładają na mnie przepisy – tłumaczy urzędnik.

>>> Czytaj też: Budowa dróg w Polsce kosztowała o 2 mld zł za dużo

Obydwaj wskazują na to, że cały system przetargowy dla inwestycji publicznych działa fatalnie. Przypadki, w których projekt nie był precyzyjny i przez to inwestor żąda dodatkowych usług, można mnożyć. Na przykład wykonawca, który robił ośrodek dla jednego z ministerstw, nagle się dowiedział, że musi założyć nagrywanie do systemu dozoru za 40 tys. zł. Z kolei w jednym ze sztabów wojskowych zgodnie z projektem założono okna szare, stalowe. Po czym okazało się, że muszą być zupełnie inne. Za to na budowie basenu w Olsztynie wykonawca zażądał od podwykonawcy założenia zbiorników innych niż te w projekcie. Koszt to 50 tys. zł, a sprawa właśnie trafiła do sądu.

Najgłośniejszym przypadkiem dużej liczby robót dodatkowych, z których rozliczeniem jest problem, jest Stadion Narodowy. Jedna rzecz wspólna dla tych spraw – inwestor, który jest publiczny.

>>> Czytaj też: Upadłości w Europie Środkowej: gdzie liczba bankrutów rośnie najszybciej?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj