Nie dla Szkotów angielskie funty. Nie ma mowy o unii walutowej z Wielką Brytanią

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
13 lutego 2014, 15:02
Edynburg, Szkocja, Fot. Dennis van de Water
Edynburg, Szkocja, Fot. Dennis van de Water /ShutterStock
Londyn wyklucza unię walutową, gdyby Edynburg zdecydował się na niepodległość. Wprowadzenie własnego pieniądza oznaczałoby duże straty dla szkockich przedsiębiorstw, bo dwie trzecie eksportu trafia na południe wyspy.

Ewentualny rozwód Szkocji z Wielką Brytanią nie będzie tak bezproblemowy, jak się początkowo wydawało. Politycy w Londynie wykluczają, by niepodległa Szkocja pozostała w unii walutowej i nadal używała funta szterlinga, a szkoccy nacjonaliści grożą, że w takim wypadku nie przejmą przypadających na północną część wyspy zobowiązań finansowych.

Brytyjski minister finansów George Osborne ma dziś oficjalnie oznajmić, że formalna unia walutowa jest niemożliwa, ujawniła wczoraj stacja BBC. To oznacza zaostrzenie stanowiska, bo do tej pory – jeśli już się wypowiadał na temat planu szkockiego rządu, by pozostawić funta – sugerował on raczej, iż będzie to mało prawdopodobne. Takie samo stanowisko mają przedstawić politycy odpowiedzialni za finanse w dwóch pozostałych partiach – zastępca Osborne’a Danny Alexander z Liberalnych Demokratów oraz minister finansów w laburzystowskim gabinecie cieni Ed Balls.

>>> Polecamy też: Niepodległość Szkocji jest realna. Londyn z niepokojem patrzy na północ

To poważny cios dla planów Szkockiej Partii Narodowej (SNP), która zapowiadała, że niepodległa Szkocja pozostanie w unii walutowej z resztą kraju. Taką deklarację składała z co najmniej dwóch powodów – po pierwsze łatwiej w ten sposób przekonać niezdecydowanych, szczególnie że czynnikiem rozstrzygającym dla nich mają być kwestie ekonomiczne. Po drugie zaś – dwie trzecie szkockiego eksportu trafia do pozostałej części Zjednoczonego Królestwa, więc utrzymanie wspólnej waluty byłoby ułatwieniem dla wzajemnych obrotów handlowych. Tak naprawdę jednak to szkoccy nacjonaliści nie są zgodni co do tego, czy pozostać w unii walutowej, czy nie, bo skoro Londyn nadal decydowałby o polityce pieniężnej, niepodległość byłaby niepełna.

Jeśli rząd Wielkiej Brytanii nie zmieni zdania, Szkocja w razie niepodległości ma trzy do wyboru rozwiązania – może wprowadzić własną walutę, może przyjąć euro lub też jednostronnie używać funta szterlinga. Od strony technicznej wprowadzenie własnej waluty nie byłoby żadnym problemem, bo szkockie banki od dawna emitują własne banknoty, które są wymienialne z funtem szterlingiem w stosunku 1:1, i w Szkocji są w powszechnym użyciu.

Prawdopodobnie jednak funt szkocki straciłby na wartości w stosunku do szterlinga, bo przynajmniej na początku inwestorzy nie mieliby zaufania do gospodarki nowego kraju. Zresztą agencje ratingowe już zapowiedziały, że nie może ona liczyć na takie same noty jak obecnie ma Wielka Brytania.

Przyjęcie euro wydaje się mało realne, bo choć SNP zapowiada jeśli nie automatyczne, to bardzo szybkie wejście Szkocji do Unii Europejskiej, wcale nie będzie to łatwe, chociażby ze względu na sprzeciw Hiszpanii obawiającej się o całość swojego państwa (Katalonia) i złego przykładu Szkotów. Teoretycznie możliwe jest, aby funt szterling pozostał w obiegu w Szkocji, na takiej samej zasadzie jak euro jest urzędową walutą Czarnogóry. Ale tak samo nie miałaby wpływu na politykę pieniężną, a na dodatek nie byłaby w takiej sytuacji poważnie traktowana przez incestów.

Dlatego też władze w Edynburgu tak nerwowo zareagowały na niewypowiedziane jeszcze oświadczenie Osborne’a. Wicepremier szkockiego rządu Nicola Sturgeon oświadczyła, że Davidowi Cameronowi brakuje argumentów, skoro w ciągu tygodnia przeszedł od zachęt do pogróżek i zastraszania. Ale też wyciągnęła własne groźby. – To będzie kosztować ich własne firmy setki milionów funtów – mówiła emocjonalnie. I zapowiedziała, że w takiej sytuacji okrojona Wielka Brytania będzie musiała wziąć na siebie spłatę całości zobowiązań dzisiejszego kraju.

Rząd w Edynburgu do tej pory mówił, że weźmie na siebie przypadającą na Szkocję część brytyjskiego zadłużenia, by mieć silniejszą pozycję negocjacyjną przy podziale aktywów, a jego celem jest przejęcie złóż ropy i gazu na Morzu Północnym. Szkocja wytwarza niespełna 10 proc. brytyjskiego PKB i o tyle samo wzrosłoby zadłużenie Londynu. Wygląda na to, że w miarę jak będzie się zbliżać 18 września, przybywać będzie też punktów spornych między Londynem a Edynburgiem.

>>> Niepodległa Szkocja nie będzie się w stanie samodzielnie obronić przed takimi zagrożeniami jak terroryzm czy cyberataki – ostrzega brytyjskie ministerstwo obrony. Czytaj więcej na ten temat.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj