„OFE katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce” – taki tytuł nosi książka prof. Leokadii Oręziak wydana ostatnio nakładem Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa. Jest on niewątpliwie adekwatny do zawartości, w publikacji znajdziemy bowiem katastroficzną wizję tego, co stało się w Polsce po 1999 roku.

By przekonać się, ile jest w tym prawdy, spróbujmy najpierw zanurzyć się w świecie malowanym przez Oręziak, by później skonfrontować go z wizją alternatywną, proponując na końcu kryteria wyboru między nimi.

Czym w istocie według Oręziak była (jest) polska reforma emerytalna? Jej genezy należy szukać w poszukiwaniu przez międzynarodowe instytucje finansowe nowych źródeł zysku. Jak mówi często cytowana przez autorkę prof. Grażyna Ancyparowicz: „Wielkie korporacje mają pełną świadomość, że skoro natknęły się na barierę popytu na produkcję finansową w krajach wysoko rozwiniętych to jedyną szansą przetrwania było przekonanie rządów z grupy krajów tzw. rynków wschodzących (do których należy Polska) do zlikwidowania funduszy ubezpieczeń społecznych i założenia funduszy emerytalnych” (s. 79).

Zdaniem autorki wpływy instytucji finansowych m. in. na skutek deregulacji rynków w latach 80-tych znacząco wzrosły, dzięki czemu mogły zmienić politykę państw w obszarze zabezpieczenia społecznego. Zmiana ta w zależności od oporu lokalnej klasy politycznej sięgała jednego z trzech stadiów. Po pierwsze zmniejszano przyszłe emerytury z państwowego systemu, co skłaniało do większego zainteresowania prywatnymi programami oszczędzania. Po drugie często dochodziło do tego wsparcie oszczędzania w instytucjach finansowych ulgami podatkowymi w tak zwanym trzecim filarze, który Oręziak także uważa za zły: „Wraz ze wzrostem znaczenia dobrowolnie gromadzonych prywatnych emerytur w ogólnych dochodach emeryta rośnie także ryzyko zwiększania się różnic w poziomie życia oraz powstania nowych obszarów marginalizacji czy wykluczenia społecznego. Subsydiowany przez państwo, m. in. poprzez ulgi podatkowe, zarządzany przez instytucje finansowe filar dobrowolnych oszczędności emerytalnych, stanowi faktycznie tworzenie warunków do rozwoju prywatnego rynku dzięki ograniczaniu roli państwa dobrobytu. Filar ten jest w istocie częścią, a nie rozwiązaniem problemu emerytalnego” (s. 134).

Po trzecie – w tych krajach, gdzie odporność na korupcję i propagandę była najmniejsza, wprowadzano obowiązkowy filar kapitałowy. Banki i firmy ubezpieczeniowe nie działały same. Posługiwały się kontrolowanymi przez siebie i zaprzyjaźnione rządy instytucjami międzynarodowymi, o których Oręziak pisze następująco: „Prawdziwym zadaniem tej ostatniej organizacji [WTO] nie jest, jak oficjalnie ona deklaruje, gwarantowanie „wolności rynków”, lecz ochrona monopolu centrów poprzez odpowiednie kształtowanie systemu produkcji na peryferiach. Z kolei MFW pełni rolę kolektywnej kolonialnej władzy walutowej świata, a Bank Światowy jest natomiast czymś w rodzaju Ministerstwa Propagandy grupy najbardziej rozwiniętych krajów określanej jako G7” (s. 71).

Obok przedstawicieli Banku Światowego i MFW, reprezentującego interesy wierzycieli Polski, którzy – ze względu na podpisany w 1991 roku układ o restrukturyzacji zadłużenia – uzyskali duże wpływy, kluczową rolę w przekonywaniu do reformy z 1999 r. odegrali opłacani przez instytucje finansowe ekonomiści: „Także w naszym kraju wielu ekonomistów, prezentujących się publicznie jako niezależni eksperci, łączyło i dalej łączy wiele różnorodnych więzi, w tym finansowych, z tymi instytucjami i podmiotami, które najbardziej korzystają z prywatyzacji emerytur. W ten sposób wprowadza się w błąd opinię publiczną (ujmując to najbardziej łagodnie), gdyż wiele osób jest przekonanych, że to są rzeczywiście niezależni eksperci" (ss. 26-27). Innymi słowy: „Kraj nasz został po prostu potraktowany jak kolonia zobowiązana do podporządkowania się międzynarodowym zdobywcom. By nie razić uczuć społeczeństwa, prawdziwe podłoże reformy zostało przykryte masową propagandą „emerytur pod palmami” (s. 224). W efekcie utworzenia filara kapitałowego: „(…) publiczne pieniądze są w istocie oddane na zawsze do dyspozycji towarzystw emerytalnych. Tylko od ich woli zależy, co z tymi pieniędzmi zrobią. Przestrzegając jedynie, by nie przekroczyć górnego limitu dotyczącego inwestowania w akcje, mogą sobie, według własnego uznania i realizowanych prze siebie i swoje macierzyste kraje planów, dowolnie wspierać powiązane ze sobą różnymi więziami (także nieformalnymi) podmioty gospodarcze, krajowe lub zagraniczne” (s. 261).

>>> Manipulacja OFE, czyli genialnie zaplanowana akcja wielkich korporacji. Czytaj wywiad z prof. Leokadią Oręziak

Czy były jakieś niepropagandowe argumenty uzasadniające wprowadzenie przyjętych przez Sejm szesnaście lat temu zmian? W odpowiedzi na to pytanie Oręziak przywołuje dwukrotnie słowa prof. Leona Podkaminera: „Do dziś nie wiem jednak, czym – poza materialnym interesem garstki przewidujących spryciarzy i bezmyślnością reformatorów – reformę tę można usprawiedliwić. Argumenty ekonomiczne mające uzasadnić reformę (i trwanie stanu obecnego) nie są warte funta kłaków” (s. 207) „Mamy tu do czynienia z genialnym w swej prostocie przekrętem na kolosalną skalę: państwo zrezygnowało z należnych mu pieniędzy na rzecz ekskluzywnego klubiku cwaniaków – właścicieli (zwłaszcza zagranicznych) i zarządów PTE – po to tylko, by od nich właśnie pożyczać brakujące mu (własne w istocie) pieniądze!” (s. 262). Wtóruje mu prof. Rafał Krawczyk: „OFE, to najpierw międzynarodowy przekręt, dopiero później system emerytalny (…). Losy OFE skłaniają do refleksji, że nasz kraj nie może odgrywać istotnej roli w polityce europejskiej, skoro nawet decyzje dotyczące najważniejszych spraw dotyczących jego ludności nie są podejmowane racjonalnie, lecz na skutek jakiegoś rodzaju korupcji” (s. 217).

Wywody te można podsumować następująco: „Praktyka pokazała, że filar ten, jak i całościowy efekt reformy emerytalnej z 1999 r., nie jest w stanie zapewnić wystarczającego dochodu na okres starości. Ustanowiony wtedy przymusowy filar kapitałowy okazał się niemożliwy do sfinansowania (co zresztą było wiadomo jeszcze, zanim powstał), a przez to nietrwały i w istocie nieprzewidywalny, nie zapewniający minimum sprawiedliwości w dystrybucji dochodów między grupami społecznymi i między pokoleniami. Kilka kryzysów, które wybuchły od 1999 r. pokazało brak jego odporności na wstrząsy na rynkach finansowych. Biorąc zatem pod uwagę przedstawione wyżej kryteria można stwierdzić, że w Polsce reforma z 1999 r. nie tylko nie rozwiązała żadnych problemów systemu emerytalnego, ale spowodowała bezmiar zagrożeń dla finansów publicznych i przyszłych emerytur” (s. 105).

Wizja reformy emerytalnej, którą prezentuje większość jej twórców, wygląda diametralnie odmiennie. Po PRL odziedziczyliśmy system emerytalny, który dawał zbyt hojne stopy zastąpienia i zbyt wcześnie pozwalał przechodzić na emeryturę. Te problemy pogłębiły się w pierwszych latach transformacji, kiedy ze względów politycznych dopuszczono do wzrostu liczby emerytów i rencistów o około trzy miliony. W efekcie w 1993 roku rząd zmuszony został do obniżenia rent i emerytur o 9 proc. To działanie nie było jednak wystarczające ze względu na szybko rosnącą oczekiwaną długość życia i gwałtowne pogorszenie się trendów demograficznych. Potrzebna była więc gruntowna reforma emerytalna, której pierwszoplanowym celem było ograniczeniu udziału wydatków na emerytury w PKB w długim okresie.

Jednocześnie zdecydowano się wprowadzić zasadę zdefiniowanej składki polegającą na tym, że każdy ubezpieczony ma w ZUS indywidualne konto, gdzie rejestrowane są płacone przezeń składki, będące podstawą do wyliczania przyszłego świadczenia. Choć taki system sporo kosztował (pamiętamy długoletnią historię informatyzacji ZUS), ma on dwie główne zalety. Po pierwsze w transparentny sposób daje ludziom motywację do jak najdłuższej pracy, gdyż im później przejdą na emeryturę, tym wyższe otrzymają świadczenie. Po drugie zwiększa się koszt unikania składek – ci, którzy tak robią, będą mieli bardzo niskie emerytury. Zasada zdefiniowanej składki działa więc jako częściowe antidotum na problemy, z którymi polski system emerytalny boryka się od początku transformacji – przedwczesnym kończeniem aktywności zawodowej i unikaniem płacenia składek na ZUS.

Zasada zdefiniowanej składki nie wpływa jednak na zasadniczą konsekwencję reformy, będącą, jak wspomniałem, jej głównym celem – w jej wyniku doszło już do obniżenia relacji emerytur do płac. A proces ten jest daleki od zakończenia. By złagodzić nieco jego skutki zdecydowano się wprowadzić dwa dodatkowe filary emerytury, w szczególności drugi obowiązkowy filar kapitałowy. Część składki emerytalnej trafiła do prywatnych funduszy inwestujących między innymi w akcje. Dzięki temu, że stopa zwrotu z giełdy jest historycznie rzecz biorąc wyższa od tempa wzrostu gospodarczego, spodziewano się, że kierowanie prawie 40 proc. składki do OFE zwiększy nieco przyszłe emerytury.

Filar kapitałowy miał służyć także innym celom. Po pierwsze miał zwiększać bezpieczeństwo emerytur, gdyż fundusze miały zająć się także wypłacaniem świadczeń. Część emerytury miała więc być finansowana z bieżących składek, a część z rezerw zgromadzonych w OFE. Rezerwy te miały chronić budżet państwa (a ostatecznie emerytów) w sytuacji gwałtownej recesji, w wyniku której spadają wpływy do ZUS a rosną inne wydatki. Po drugie filar kapitałowy miał być kolejną zachętą do płacenia składek. W tym celu między innymi wprowadzono dziedziczenie zgromadzonych w nim środków. Ludzie mieli mieć poczucie, że składka na ZUS (przynajmniej w części) to nie haracz, lecz odkładanie własnych pieniędzy na własną (lub najbliższych) emeryturę. Po trzecie gromadzenie oszczędności w drugim filarze miało pomóc gospodarce osiągnąć wyższe tempo wzrostu także poprzez wspieranie rozwoju krajowego rynku kapitałowego. Tu również kierowano się badaniami wskazującymi, że rozwój rynku finansowego ma kluczowe znaczenie dla wzrostu gospodarczego.

Plan spójnego finansowania reformy był, tyle że kolejne rządy nie zrealizowały go w pełni. W pierwszych latach reforma miała być finansowana w dużej części, może nawet całkowicie, wpływami z prywatyzacji. Przewidywano, że w kolejnych 8–10 latach dochody z tego źródła będą na wystarczającym poziomie, i te prognozy się sprawdziły (wpływy z prywatyzacji wystarczyły w zupełności do 2005 roku, a do 2012 roku pokryły dwie trzecie składki do OFE). Był to też dostatecznie długi czas, by zaczęły przynosić efekty inne reformy emerytalne, których niestety zaniechano (likwidacja przywilejów emerytalnych), z których się wycofano (włączenie do powszechnego systemu służb mundurowych i górników) lub które zbyt późno i zbyt wolno wprowadzono (likwidacja przedwczesnych emerytur i zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn). Co ciekawe oszczędności, które planowano poczynić w systemie emerytalnym miały w dalszej perspektywie doprowadzić do obniżenia kosztów pracy poprzez redukcję składki na ZUS (o ok. 3 pkt. proc). Wstępnie planowano to na 2015 rok, kiedy to spodziewano się spadku kosztów przejściowych systemu, co otworzyłoby pole do zagospodarowania poczynionych wcześniej oszczędności.

Poniesienie przez społeczeństwo dzisiaj nakładów na budowę drugiego filara, czyli wprowadzenie wspomnianych wyżej (lub innych) oszczędności w systemie emerytalnym, ma następujące uzasadnienie. Ponieważ dzisiejsi pracujący zdecydowali się posiadać mniej dzieci (niejako oszczędzili na dzieciach), powodując, że kolejne pokolenie jest mniej liczne, powinni w części sami odłożyć na swoje emerytury. Inaczej obarczą potomnych wyższym ciężarem niż ten, który sami musieli ponosić. Filar kapitałowy jest więc istotnym elementem, a nie zaprzeczeniem międzypokoleniowej solidarności.

Mamy więc dwie wizje reformy emerytalnej. Która jest bliższa prawdzie? Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się dość oczywista, jednak sposób dochodzenia do niej zależy od tego, czy zainteresowany problematyką czytelnik jest ekonomistą czy jedynie zainteresowanym laikiem. Ponieważ jestem jeszcze młodym ekonomistą i pamiętam jak to jest być laikiem, zaryzykuję spojrzenie na wizję Oręziak z obu tych perspektyw.

Dla ekonomisty uderzający jest przede wszystkim nieekonomiczny język publikacji. Nie chodzi tylko o epitety, którymi Oręziak raczy swoich oponentów, ale o brak takich terminów jak racjonalność, celowe działanie czy wybór ekonomiczny. Zdumiewające jest, że profesor ekonomii używa słowa „rynek” wyłącznie jako czegoś pejoratywnego, w opozycji do mechanizmów politycznych, które stanowią dlań wszędzie bardziej sprawiedliwą alternatywę. Rynek nie jest mechanizmem opisującym interakcję celowo działających podmiotów, lecz areną wyzysku i chciwości. Próżno szukać więc zrozumienia roli giełdy jako mechanizmu dystrybucji informacji i alokacji kapitału w gospodarce czy analizy wpływu poziomu składki na wybór między legalną aktywnością ekonomiczną a biernością bądź szarą strefą. Uderza za to sprzeciw wobec podniesienia wieku emerytalnego czy walka z dobrowolnym trzecim filarem.

Jedyny ekonomiczny argument, który pojawia się w książce Oręziak i na którym zawieszona jest cała jej argumentacja, dotyczy rzekomego generowania przez OFE długu publicznego. Miałoby do tego dojść w skutek obniżenia dochodów ZUS, które musi wyrównywać budżet, by nie zabrakło środków na bieżące emerytury. Jednak z faktu, że budowa filara kapitałowego w Polsce miałaby kosztować od 1,5 proc. do 3 proc. PKB w skali roku nie wynika, że o tyle rokrocznie nasz kraj musi się zadłużać. Nie ma przy tym znaczenia, co Oręziak w wielu miejscach podkreśla, że Polska nie ma nadwyżek budżetowych. Jeżeli budowa filara kapitałowego jest nam potrzebna, to należy ją sfinansować w ten czy w inny sposób. Podobnie ma się rzecz z każdym innym wydatkiem. Jeżeli na przykład uważamy, że należy zwiększyć publiczne nakłady na badania i rozwój, to znaczy to, że chcemy by obniżyć inne wydatki lub zwiększyć podatki. Pytanie o sens budowy filara kapitałowego jest więc pośrednio pytaniem o korzyści, które otrzymujemy z innych wydatków publicznych oraz o koszty ewentualnego wzrostu opodatkowania. Dług publiczny nie ma tu nic do rzeczy.

Oczywiście Oręziak ma prawo twierdzić, że filar kapitałowy jest nam niepotrzebny. Taka teza wymaga jednak rzetelnego porównania alternatyw tak, by można dokonać racjonalnego społecznie wyboru. Trzeba zestawić koszty w postaci niższych przychodów ZUS oraz korzyści przede wszystkim w postaci wyższych świadczeń emerytalnych w przyszłości oraz wyższego tempa wzrostu PKB na skutek większych inwestycji i rozwoju rynku finansowego. Oceny tych korzyści, nawet w kontekście historycznym ostatnich piętnastu lat próżno szukać w książce „OFE katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce”.

>>> Polecamy też inną recenzję książki prof. Oręziak: OFE doskonale pokazują mechanizm ekonomicznej kolonizacji Polski

Spróbujmy teraz spojrzeć na dzieło Oręziak okiem laika. Co, moim zdaniem, powinno przekonać go, że jest to publikacja całkowicie niewiarygodna o wyłącznie autopromocyjno-propagandowym charakterze? Po pierwsze świadczy o tym jej napastliwy język zawierający elementy personalnego dyskredytowania przeciwników, którego pewną próbkę już zaprezentowałem powyżej. Po drugie wskazuje na to ciągłe powtarzanie klisz mających na celu wywołanie w odbiorcy określonych uczuć. Sformułowanie „zagraniczne instytucje finansowe” oraz jego opozycja „społeczeństwo polskie” pojawiają się w tekście kilkadziesiąt razy. Po trzecie dominacja w bibliografii ekonomistów polskich uformowanych ideowo i narzędziowo w PRL (zwanych przez moich studentów „leśnymi dziadkami”). Po czwarte brak przedstawienia stanowiska drugiej strony. Wprawdzie argumenty zwolenników OFE pojawiają się gdzieniegdzie, ale wyłącznie po to, by od razu przedstawić swoje argumenty zamykające dyskusję. A przecież co najmniej od 2011 roku toczy się na temat reformy emerytalnej ożywiona debata, gdzie pojawiały się kontrargumenty w stosunku do tego, co pisze Oręziak. Dlaczego nawet ich nie przywołano? Po piąte uderza powtarzanie rządowych trików propagandowych, takich jak uznawanie propozycji wypłat programowanych jako jedynej formy wypłacania emerytur przez OFE.

Po szóste Oręziak wikła się w sprzeczności widoczne nawet dla laika. Najpierw autorka pisze, że „ (…) wzrost wartości rynkowej aktywów finansowych zgromadzonych w tym filarze nie ma charakteru trwałego. Wartość ta może spaść znacznie w krótkim czasie i nie powrócić do poprzedniego poziomu przez wiele lat, a gdy w końcu powróci, to w nieodległym czasie ponownie może spaść. Zyski osiągnięte w ramach drugiego filara są faktycznie «zapisane na wodzie»”(233). Jeżeli tak rzeczywiście jest i akcje są tak niepewnym źródłem dochodu, to wydawałoby się, że państwo powinno się ich w zupełności pozbyć, przeznaczając środki ze sprzedaży choćby na spłatę długu. Tymczasem Oręziak kilka stron dalej pisze, że „prywatyzacja (…) pozbawiałby budżet regularnych, trwałych dochodów. Za sprzedane przedsiębiorstwo pieniądze do budżetu trafiają tylko jeden raz, a przecież strategiczny charakter tych firm oznacza zarówno trwały popyt na ich produkty i usługi, jak i także możliwość osiągania relatywnie wysokich zysków” (237). Jeżeli tak jest, to może OFE powinny właśnie w takie spółki inwestować, osiągając „relatywnie wysokie zyski” dla emerytów?

Oręziak zarzuca ponadto autorom reformy, że przyjęli nierealistyczne założenia odnośnie stóp zwrotu z OFE: „Bardzo atrakcyjnie wygląda przedstawiona przez twórców OFE stopa zastąpienia po przyjęciu do kalkulacji stopy zwrotu z OFE na poziomie 8 proc. rocznie”. Choć autorzy „Bezpieczeństwa dzięki różnorodności” podkreślali, że 8 proc. to wariant optymistyczny (wariant bazowy to 6 proc.), historia ostatnich czternastu lat pokazała, że nadzieje te nie okazały się złudne – w latach 2000-2013 średnia stopa zwrotu OFE wyniosła 8,67 proc. w skali roku.

Wady książki Oręziak można by wymieniać dalej. Że jest za długa, że napisana słabym stylem, pozbawiona humoru, że do znudzenia ciągle powtarzane są w niej te same argumenty. Jednego jednak nie można jej odmówić – trafiła w swój czas. Mam tu na myśli nie tylko czekający na obecnie wybór ZUS albo OFE czy falę rządowej propagandy towarzyszącej przekreśleniu ważnej części reformy emerytalnej ustawą z 2013 roku, ale także szerszy klimat podejrzliwości. Temu ostatniemu przysłużył się niewątpliwie mit zamachu na prezydencki samolot. Z jednej strony sprawił on, że w części społeczeństwa polskiego (i bez tego na to podatnej) wzmogła się tolerancja różnego rodzaju teorii spiskowych, z drugiej doprowadził do dewaluacji nauki i naukowców w oczach pozostałej części za sprawą błazenady ekspertów zespołu parlamentarnego. W takim klimacie trudno się dyskutuje, zwłaszcza o złożonych kwestiach, jaką niewątpliwie jest reforma emerytalna. Książka Oręziak nie posuwa nas w tej dyskusji ani o krok.

>>> Czytaj również: Bitner: ZUS czy OFE – nie wiem, ale coś odpowiem

Wybór między ZUS a OFE / ShutterStock