Z wielkim zaciekawieniem przeczytałem książkę prof. Leokadii Oręziak „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce”. Nie ulega wątpliwości, że powinna ona stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych swoją emerytalną przyszłością, czyli po prostu dla wszystkich. Autorka w sposób niezwykle klarowny, przy użyciu wielu danych, nadzwyczaj rzetelnie i wielopłaszczyznowo analizuje sprawę OFE.

Czyni to w sposób spełniający wszelkie wymogi dobrej pracy naukowej, ale jednocześnie tak, że czyta się tę książkę bardzo dobrze, napisana została bowiem przystępnym językiem, a rozważania czysto techniczne zostały ograniczone do minimum. Jeśli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do słuszności bądź niesłuszności wprowadzania OFE, lektura książki Leokadii Oręziak powinna je rozwiać. Wynika z niej wyraźnie, że OFE to ślepa uliczka ekonomiczna, rozwiązanie, które nigdzie się nie sprawdziło i sprawdzić się po prostu nie mogło.

Autorka znakomicie pokazuje na wielu przykładach krach podejścia do systemów emerytalnych wyznaczonego przez model OFE, jak i wyraźny proces odchodzenia od niego w wielu krajach, które starały się wprowadzić go w życie. Argumentacja przedstawiona w recenzowanej pracy jest tak rozbudowana i solidna, że nie bardzo mogę sobie wyobrazić jakikolwiek sposób na jej równie rzetelne odparcie. W tym sensie mecz pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami OFE został dla mnie jednoznacznie rozstrzygnięty na rzecz jego przeciwników.

Dla mnie sprawa jest interesująca także na szerszym polu, które skądinąd od czasu do czasu pojawia się także w narracji autorki książki. Idzie mi o pewne założenia o charakterze filozoficznym towarzyszące wprowadzaniu OFE, które stały zresztą za całym sposobem myślenia ekonomicznego i społecznego, z jakim mieliśmy i – moim zdaniem – wciąż mamy do czynienia w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Wiązały się one z ekspansją podejścia neoliberalnego, które poczyniło ogromne spustoszenia w naszym sposobie myślenia o dobrym życiu i dobrym społeczeństwie. Prywatyzacja emerytur w Polsce jest znakomitym tego przykładem.

Było to przejście od myślenia o człowieku jako części większej całości (wspólnoty), wobec której ma on pewne zobowiązania o charakterze ekonomicznym i zarazem etycznym, do myślenia o nim jako jednostce, która powinna troszczyć się jedynie o siebie, ewentualnie o swoją rodzinę. Wiązało się to z porzuceniem optyki solidarności i równości na rzecz optyki zainteresowania jedynie swoim własnym życiem i osobistym powodzeniem.

Wszelkie cnoty wspólnotowe, takie jak chęć dzielenia się owocami swojej pracy z innymi, niesienia im pomocy, empatii i poczucia równości, zidentyfikowano jako przeżytki starego systemu kolektywistycznego, w którym „jednostka niczym”, by przywołać znaną frazę z wiersza Majakowskiego, dokonując pochopnego zrównania najlepszego dziedzictwa kultury zachodniej z nieudanym eksperymentem socjalistycznym. Zapominając przy okazji o tym, że wspomniane cnoty stanowią przekaz znacznie starszy niż ów eksperyment, bo mają chrześcijańskie korzenie. Przy okazji zapomniano o wspaniałym dziedzictwie „Solidarności”, której przekaz ideowy był jak najdalszy od promowania bezwstydnego egoizmu i koncentracji na swoim własnym interesie.

Zaiste zadziwiająca to historia: w kraju katolickim, w którym zaistniał jeden z najciekawszych i najbardziej etycznych ruchów społecznych w dziejach cywilizacji zachodniej, błyskawiczny tryumf odniósł sposób myślenia o dobrym życiu i dobrym społeczeństwie w każdym calu przeczący etycznemu posłannictwu chrześcijaństwa oraz najlepszym tradycjom zachodniej myśli świeckiej (braterstwo).

Polegał on na uznaniu każdego człowieka za w pełni odpowiedzialnego za swojej życie, skoncentrowanego jedynie na swoim interesie i traktującego każdego, kto z jakichś przyczyn nie był w stanie zadbać o siebie sam, jako z natury gorszego, zasługującego na pogardę, a nie na pomoc i zrozumienie. W tym sensie owa prywatyzacja emerytur w Polsce była jedynie fragmentem całego procesu prywatyzacji naszego życia oraz idącego za tym rozpadu więzi wspólnotowej. „Każdy sam dla siebie ze swoim” – oto hasło, które przyświecało tej przemianie.

Pod płaszczykiem sprawiedliwości, pojmowanej w kategoriach: każdemu to, na co sobie zasłużył (odłożył), zerwano z tradycją solidarności międzypokoleniowej, usunięto z pola widzenia rażące niesprawiedliwości społeczne systemu, w którym równości formalnej towarzyszyła skrajna nierówność ekonomiczna wynikająca wcale nie ze względów merytorycznych, ale raczej ze zbiegu różnych okoliczności, na które jednostka nie miała wpływu (miejsce urodzenia, kapitał ekonomiczny, społeczny i kulturowy rodziny, wykonywany zawód, wiek, predyspozycje psychologiczne).

Wspomnianej prywatyzacji towarzyszyła doktrynalnie głoszona nieufność wobec państwa, ponownie zrównująca nieudolne i niesprawiedliwe państwo z okresu realnego socjalizmu z państwem jako takim oraz równie doktrynalna i – jak wyraźnie widać to dziś – nader naiwna wiara w zdolność rynku kapitalistycznego do odnajdywania najlepszego sposobu alokacji kapitału i wprowadzania zasad konkurencji jako najlepiej wymuszającej efektywność gospodarowania zasobami.

W tym sensie uważam, że autorzy polskiej reformy emerytalnej nie tyle zgrzeszyli złą wolą czy chęcią realizacji jakichś osobistych interesów (choć jak pokazuje Oręziak, i tak bywało, np. w przypadku osoby, która z „Solidarności” przeskoczyła gładko do jednego z OFE), ile raczej naiwnością (absolutnie nie odmawiam im dobrych intencji, nie czyni tego także autorka książki). Była to skądinąd główna przyczyna wielu naszych błędów w okresie transformacji. Braliśmy nasze wyobrażenia na temat rynku kapitalistycznego, wsparte ideologią neoliberalną, za rzeczywistość.

I tak wydawało się nam, że długofalowy wzrost na giełdzie musi trwać wiecznie, że budowanie rynku kapitałowego warte jest wszelkich poświęceń, że menedżerowie pracujący w jego agendach będą wykazywali się nadzwyczajną troską o nasze interesy jako awangarda narodu, herosi nowego systemu. Do tego doszła bezgraniczna wiara w bezinteresowność i mądrość naszych doradców, którzy wszak przybywali z najbardziej rozwiniętych krajów świata i po prostu nie mogli się mylić, a już z pewnością nie chcieli nas wykorzystać. Jeśli do tego dodamy wiarę w to, że wybrana przez nas droga jest zgodna z Weltgesit, by użyć sławnego określenia Hegla (skądinąd kopiująca w istocie rzeczy taką wiarę budowniczych poprzedniego systemu), zrozumiemy ową ogromną dawkę naiwności, która kazała nam uznawać każde rozwiązanie odwołujące się do mądrości i niezawodności rynku za oczywiste.

Przykład OFE oraz polskiej transformacji jako takiej pokazuje dobitnie, jak wciąż niebezpieczne jest uleganie ułudzie jednej słusznej odpowiedzi na wszelkie pytania. Tym bardziej gdy idzie ona ręka w rękę z niedostrzeganiem faktu istnienia określonych interesów, w przypadku OFE – interesów instytucji finansowych, które przecież nie dlatego zaangażowały się w reformę emerytalną, że kochają Polskę jako kraj ludzi walczących o wolność, ale dlatego że – jak to znakomicie pokazuje Leokadia Oręziak – był interes do zrobienia.

Mam wrażenie, że przez wiele lat z dziecięcą naiwnością odnosiliśmy się do zachodnich instytucji doradczych i pomocowych jako bezinteresownych dobrodziejów, którzy chcą nas nagrodzić za naszą wspaniałą postawę, a nie przede wszystkim zarabiać pieniądze. Tymczasem interesy, jakie mogły one u nas robić, przebijały po prostu skalą zyskowności cokolwiek, czego by się chwyciły w swych własnych krajach.

OFE, z których znacząca większość związana jest z dużymi zachodnimi instytucjami finansowymi, doskonale ilustrują mechanizm ekonomicznej kolonizacji Polski czy też – mówiąc nieco łagodniej – czynienia naszej gospodarki zależną, jak to opisuje w swojej znakomitej książce „Kapitalizm po polsku. Miedzy modernizacją a peryferiami Unii Europejskiej” Krzysztof Jasiecki (Warszawa 2013). W tej sytuacji odwrót od reformy emerytalnej można odczytywać także jako chęć przywrócenia pewnej równowagi w nierównej grze, jaką toczymy z największymi korporacjami światowymi.

>>> Manipulacja OFE, czyli genialnie zaplanowana akcja wielkich korporacji. >>> Czytaj cały wywiad z prof. Leokadią Oręziak