Z opracowania Uczelni Łazarskiego wynika, że jej pokłosiem są przede wszystkim koszty wynikające z absencji w pracy. Koszty pośrednie generuje przechodzenie na rentę i rosnąca liczba skierowań na rehabilitację. Choć absencja chorobowa wynosi średnio niecałe trzy tygodnie, to już orzeczenia uprawniające do świadczeń rehabilitacyjnych wydawane są na okres od 4 do 6 miesięcy.

Pracodawca przy tym dostrzega problem absencji, ale nie wiąże go z depresją. Jak podkreśla Maciej Niewada, ekspert ds. służby zdrowia, w kontekście tej choroby firma płaci nie tylko za pierwszy miesiąc zwolnienia, ale także za późniejszą obniżoną efektywność pracownika.

Początki choroby są niemal niezauważalne. Zaczynają się właśnie od spadku efektywności pracy. Jak opowiada Niewada, za granicą powstał system wyspecjalizowanych firm, które odgrywają rolę systemu wczesnego ostrzegania przed depresją w firmie. Takie „pogotowie” oferuje pracodawcom usługę polegającą na diagnozowaniu pierwszych symptomów depresji i szybkiego leczenia. Psychologowie obserwują pracę w przedsiębiorstwie, przeprowadzają wywiady z przełożonymi. Na końcu wdrażają terapię. Jak przekonują, pracodawcy bardziej opłaca się zamówić kompletną usługę, niż stracić pracownika z powodu depresji. Takie usługi są od dawna popularne w USA. Pojawiają się również w Europie.

>>> Czytaj też: Wzrasta liczba Polaków cierpiących na choroby psychiczne

W Polsce stosunek do depresji zmienia się powoli. – Pracodawcy zaczynają wprowadzać działania nakierowane na prewencję różnych zagrożeń wywołujących stres, a docelowo prowadzących do depresji – przyznaje Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego. Jednym z przykładów są wykupywane przez pracodawców abonamenty sportowe czy pakiety medyczne dla swoich pracowników. Choć zazwyczaj brak w nich akurat dostępu do pomocy psychologicznej, to – jak tłumaczy Jerzy Gryglewicz – dbanie o zdrowie może być jedną z form prewencji.

Jak wynika z analiz, choroba dotyczy przede wszystkim kobiet – wśród ubezpieczonych, którym wystawiono zaświadczenie lekarskie z tytułu epizodu depresyjnego w 2013 r., 67,5 proc. stanowiły panie – z czego 84 proc. było w wieku pomiędzy 30. a 59. rokiem życia.

Jak tłumaczy jeden z lekarzy, kobiety częściej korzystają z opieki medycznej, łatwiej też przyznają się do depresji. Różnice dotyczą nie tylko płci, ale także miejsca zamieszkania. Najwięcej orzeczeń rentowych jest wydawanych na Śląsku, w Łódzkiem oraz na Podkarpaciu. Najmniej w Pomorskiem, Świętokrzyskiem i na Podlasiu. Najlepsza dostępność do lekarza jest na Śląsku. Najgorsza w województwie świętokrzyskim.

Zdaniem Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia i dyrektora szpitala psychiatrycznego w Warszawie, rozwiązaniem byłoby przede wszystkim poszerzenie liczby ośrodków – tak by zgodnie z Narodowym Programem Ochrony Zdrowia – w każdym powiecie, czyli na 100–150 tys. mieszkańców, przypadało centrum zdrowia psychicznego. Kluczowa jest również zmiana finansowania: nie za pojedyncze świadczenia, lecz za kompleksową opiekę nad pacjentem. – Nie wahałbym się powiedzieć, że depresja staje się epidemią – podsumowuje Balicki.

W statystykach policyjnych widać lawinowy wzrost liczby samobójstw. Jak podkreślają psychiatrzy, w ok. 90 proc. mają one związek z zaburzeniami depresyjnymi. Rok 2013 był pod tym względem rekordowy. Po raz pierwszy od dekady ponad 6 tys. osób odebrało sobie życie. Najwięcej takich przypadków było w 1997 r. i dotyczyło 5,6 tys. osób. Średnio rocznie odbierało sobie życie 4–5 tys. osób.

– Na samobójstwo decydują się przede wszystkim osoby młode i jeżeli patrzeć na to przez pryzmat ekonomii, to ich odejście ma również wpływ na gospodarkę ze względu na to, że tracimy potencjalnych pracowników i płatników składek – mówi jeden z psychiatrów. 

>>> Czytaj też: Liczba samobójstw jest w Polsce prawie dwa razy większa niż liczba ofiar wypadków drogowych