Mark Zuckerberg jest nieugięty w swoich próbach oczarowania Chińczyków. Pytanie, czy ma szansę na sukces na tym rynku.

W zeszłym roku poprosił chińskiego prezydenta Xi Jinpinga o nadanie chińskiego imienia jego nienarodzonej jeszcze córce (prezydent odmówił). Naczelnemu cenzorowi Chin powiedział, że nie tylko czyta książkę z przemowami Jinpinga, ale też rozdaje ją znajomym. A co najbardziej imponujące – wygłosił 20 minutową przemowę po mandaryńsku na elitarnym uniwersytecie w Tsinghua.

Nigdy oficjalnie nie przyznał się do kierujących nim motywów, są jednak dość oczywiste – Chiny od 2009 roku blokują dostęp do Facebooka. Jeśli szef największego portalu społecznościowego chce w istocie „połączyć świat”, musi się tam dostać.

Co ciekawe, wejście do Państwa Środka może być najłatwiejsze przy zdobywaniu rynku. Zakładając, ze Zuckerberg dostosuje się do zasad narzuconych przez chińskie władze, przede wszystkim związanych z cenzurą, władze w końcu się zgodzą. Pytanie, czy Chińczycy są zainteresowani tym, co Facebook oferuje. A nic nie wskazuje, by tak było.

Facebook ma problemy w Chinach niemal od samego początku swego istnienia. W 2008 roku serwis uruchomił portal skierowany na rynek chiński, jednak do wiosny uzbierał jedynie 285 tys. użytkowników, bardzo niewiele jak na kraj liczący ponad 300 milionów internautów. Problemów było kilka.

Już działające komunikatory (w szczególności QQ) rozrosły się do rozmiarów sieci społecznościowych, które okazały się bardzo twardą konkurencją. Chińczycy zdecydowanie wolą być anonimowi przy wypowiadaniu się publicznie, czego Facebook nie zapewnia. Poza wszystkim portal postrzegany tam jest jako produkt importowy, wykorzystywany tylko przez Chińczyków, którzy dużo podróżują i mają międzynarodową sieć znajomych.

Portal został zablokowany w 2009 roku. Zdaniem władz odegrał główną rolę w separatystycznych demonstracjach w prowincji Xinjiang. Dzisiaj Facebook ma w Chinach niewielką bazę użytkowników. Są to jednak w większości elitarni, wykształceni za granicą użytkownicy takich technologii jak VPN czy TOR, które umożliwiają ominięcie cenzury. Według nieoficjalnych szacunków w tej chwili w Chinach jest 694 tys. użytkowników portalu.

Czy Facebook może sobie lepiej radzić? Próbuje. WhatsApp, jeden z najpopularniejszych komunikatorów mobilnych na świecie, zakupiony przez Facebooka za 19 miliardów dolarów, jest tam dostępny. Ma jednak niewielu użytkowników. I nic w tym dziwnego. Konkuruje tam z WeChat, najpopularniejszą w kraju mobilną platformą społecznościową, w której użytkownicy mogą kupować towary, zamawiać taksówkę, kupować bilety oraz grać w gry. A przez WhatsApp mogą tylko rozmawiać.

Zablokowany w Chinach Facebook Messenger pozwala na płatności między użytkownikami, jednak nadal nie dorasta do pięt WeChat. Z dystansu dzielącego Facebooka i inne azjatyckie komunikatory firma sobie doskonale zdaje sprawę.

Jedyną prawdziwą przewagą Facebooka nad chińskimi portalami jest brak cenzury. Tę sprawę jednak chińskie władze wyjaśniły dość dobitnie. Obecny w Państwie Środka LinkedIn na bieżąco usuwa treści niepożądane.

Jednak dla LinkedIna to nie jest problem. To międzynarodowa sieć profesjonalistów i pracowników o ogromnym zasięgu. Chińczycy nie mają szans tego skopiować. Nie mają więc żadnej sensownej alternatywy. A dla Facebooka mają ich kilka.

Być może zamiast na siłę wchodzić do Chin, Facebook powinien zastanowić się nad przeniesieniem funkcjonalności WeChat na rynki, na których już w tej chwili dominuje. To by nie tylko podniosło lojalność klientów, ale też być może zrodziłoby innowacje, tak pożądane przez chińskich internautów.