Brexit staje się faktem – teraz Wielka Brytania negocjuje zasady jakie będą regulować jej handel z EU. Jakie rozwiązanie jest najlepszym, a jakie najgorszym scenariuszem?

Najlepszym rozwiązaniem byłoby wyjście z unii celnej z jednoczesnym utrzymaniem relatywnie niskich kosztów dostępu do europejskiego rynku dla naszych towarów i usług. Ważne jest też utrzymanie ulokowanych na Wyspach inwestycji zagranicznych firm oraz pozostawienie w Zjednoczonym Królestwie wykwalifikowanego personelu, który nie przeniesie się nagle do krajów Unii Europejskiej. W optymistycznym wariancie Wielka Brytania będzie mieć możliwość przynajmniej częściowego uczestniczenia we wspólnym rynku.

W złym scenariuszu wciąż aktualne są główne zagrożenia związane wcześniej z twardym brexitem, czyli przeprowadzonym bez porozumienia. Biznes, nawet po podpisaniu niektórych porozumień, może obawiać się znacznych utrudnień handlowych związanych np. z problemami granicznymi.

Dlaczego bycie poza unią celną może jednak okazać się korzystne?

Z perspektywy brytyjskiego rządu daje to możliwość większej kontroli, kreowania własnej polityki celnej i taryf zewnętrznych, a tym samym np. szerszego działania prewencyjnego względem wybranych gałęzi.

Poza tym rząd może zrekompensować istnienie taryf celnych niższymi podatkami – i nagle okaże się, że w ostatecznym rozrachunku zmiany wcale odbiją się tak negatywnie na rachunku ekonomicznym. Jednocześnie ucieczka z Wielkiej Brytanii stanie się nieopłacalna dla firm, które mają tu niewielką konkurencję i duży rynek zbytu. Obecnie sporo mówi się o modyfikacji taryf na produkty związane z tzw. dobrami środowiskowymi - czyli np. panelami fotowoltaicznymi czy energią wiatrową, co pomoże w większym stopniu realizować cele zakładanego zrównoważonego rozwoju. To nowe instrumenty, z których rząd w Londynie niewątpliwie skorzysta.

>>> Czytaj też: Wielka Brytania: Rządowe przygotowania do brexitu kosztowały 4,4 mld funtów

Z europejskiej perspektywy najgorszym scenariuszem będzie, gdy Wielka Brytania działając poza wspólnotą i ograniczeniami unijnych regulacji,  okaże się bardziej konkurencyjna. Dlaczego zatem Francja czy Niemcy mają być zainteresowane bliską współpracą z tym krajem po brexicie i jego uczestnictwem w rynku?

Myślę, że najbardziej przekonującym argumentem będzie słuchanie postulatów środowisk biznesowych. Od momentu referendum rozmawiałam z tysiącami przedsiębiorców - tylko jeden z nich wyraził nadzieję na to, że brexit umożliwi zmianę dyrektywy dotyczącej czasu pracy. To nie jest tak, że zniesienie unijnych ograniczeń to coś, na co przedsiębiorcy czekają z niecierpliwością. Nadal są gotowi wdrażać plany dotyczące neutralności klimatycznej - czasem nawet bardziej restrykcyjne niż te podejmowane w ramach Unii Europejskiej. Oczywiście, zapewne zmieni się brytyjska polityka fiskalna, np. regulacje dotyczące VAT, ale to nie powinno nikogo dziwić. To jednak podatek obowiązujący jedynie na terytorium państwa - jego wpływ na bilans handlowy będzie mocno ograniczony. Z perspektywy biznesu dostęp do rynków jest niezbędny i ważniejszy niż te zmiany. Myślę, że wymiana handlowa odbywałaby się z korzyścią dla obu stron.

Dużo mówi się o przywróceniu kontroli granicznej. Gospodarka Wielkiej Brytanii opiera się jednak na usługach. Może wiec obawy o kontrole graniczne są przesadzone?

W istocie, 80 proc. gospodarki Wielkiej Brytanii to usługi. Jednak duży udział mają w nich usługi detaliczne czy edukacyjne, które trudno eksportować. Obecnie usługi stanowią 40 procent naszego eksportu do Unii, reszta to towary. Usługi w dużo większym stopniu budują rynek wewnętrzny. Swoją drogą ciekawe, w którą stronę zdecyduje się podążać teraz rząd w Londynie - jaką strategię przygotuje dla zapewnienia dalszego rozwoju gospodarki, w jaki sposób rozwijać specjalne strefy inwestycyjne i wolne porty. Czeka nas tez debata o tym jak powinien wyglądać docelowy bilans usług i produkcji w PKB.

Porozumienie o wolnym handlu w mniejszym stopniu będzie dotyczyło usług, ponieważ jest tam mniej do uregulowania – dziś nie mamy kompletnie jednolitego rynku w tym zakresie. Znacznie bardziej skomplikowane będą negocjacje na temat przepływu towarów - tutaj prawodawstwo może utrudnić rozmowy i rodzić daleko idące konsekwencje.

Brytyjski rząd jest szczery względem przedsiębiorców - mówi, że trzeba być przygotowanym na twardy brexit. Czy firmy rzeczywiście przygotowują się na różne warianty?

Tak, biznes stara się przygotować najlepiej, jak może. Firmy wydały już na to w pośpiechu miliardy funtów. Jednak gotowość do opcji "no deal" wymaga czasu, a nie ma go zbyt wiele. Nie da się w ten sam sposób podejść do trzymiesięcznych zakłóceń i do permanentnego braku porozumienia. Wymaga to całkowitego przebudowania łańcucha dostaw. Na razie to jednak wciąż sytuacja hipotetyczna, a inwestorzy niechętnie decydują się, by wykładać miliony na to, co może się jedynie potencjalnie wydarzyć, nawet jeśli wydaje się bardzo prawdopodobnym scenariuszem. To utrudnia sytuację.

Rząd realnie bierze pod uwagę głos biznesu?

Mamy wiele przykładów na to, że biznes jest słuchany, ale brexit to nie tylko kwestia gospodarki, lecz przede wszystkim społeczna i polityczna. Biznes musi zaakceptować demokratyczną decyzję społeczeństwa wyrażoną w referendum i późniejszych wyborach parlamentarnych. Nie można przeciwstawiać się temu, o czym zadecydowało już brytyjskie społeczeństwo. Stwierdzenie przedsiębiorców, że wyborcy zdecydowali źle, nic nie wniesie. Musimy brać pod uwagę i uszanować werdykt demokracji. Biznes natomiast powinien zachować swój pragmatyzm w ramach obowiązujących reguł.

>>> Czytaj też: Nissan nie boi się brexitu. Zainwestuje 52 mln funtów w rozbudowę fabryki w Wielkiej Brytanii